Kobiety Pomoc

Przegląd Partii - Partia Zieloni

2020.10.13 19:35 howdoesilogin Przegląd Partii - Partia Zieloni

Po dłuższej przerwie wracam z kolejną odsłoną przeglądu. Tym razem Zieloni, partia będąca częścią Koalicji Obywatelskiej.
Historia formacji
Partia Zieloni została założona w 2003 przez osoby o poglądach proekologicznych i feministycznych wywodzące się z organizacji pozarządowych. Od początku charakteryzuje się mocno pro-unijnym stanowiskiem i ściśle współpracuje z grupą Zieloni – Wolny Sojusz Europejski w Parlamencie Europejskim. Przez lata partia startując samodzielnie lub w koalicji z ugrupowaniami lewicowymi uzyskiwała śladowe poparcie poniżej 1% czy maksymalnie kilku procent w wyborach lokalnych.
Przełomowym momentem dla ugrupowania okazała się decyzja o wejściu do Koalicji Europejskiej z PO, PSL, Nowoczesną i SLD w lutym 2019. Choć w majowych wyborach do PE Zieloni nie zdobyli żadnego mandatu, to kontynuacja współpracy z PO szybko przyniosła dużo lepsze rezultaty. W październikowych wyborach parlamentarnych Zielonym udało się zdobyć aż trzy mandaty poselskie, co dla partii samodzielnie mającej tak niewielkie poparcie jest niebywałym sukcesem.
Ludzie
Warto wspomnieć, że Zieloni od początku istnienia stosują parytety a partii przewodniczy dwoje współprzewodniczących zawsze kobieta i mężczyzna. Do prominentnych działaczy należy zaliczyć:
Program
Co trzeba zielonym przyznać jak na tak drobną partię mają nieźle zrobioną stronę internetową i naprawdę bogaty program Ciekawym polecam lekturę całego programu, natomiast tutaj skupię się raczej na postulatach poza ekologicznymi (które są oczywistością i jest ich w programie cała masa) bo zakładam, że tych którym one na sercu leżą Zieloni w tej kwestii przekonywać nie muszą.
Dodatkowo poskracałem też treść postulatów i pousuwałem również wszystkie ‘kandydatom i kandydatkom’, ‘lekarzom i lekarkom’, ‘obywatelkom i obywatelom’, ‘każdej i każdemu’ itd. Tak żeby wszystko zajmowało choć trochę mniej miejsca i żeby było łatwiejsze do przeczytania. Jak ktoś chce mnie ze względu na to okrzyknąć mizoginem, faszystą itp. to oczywiście zapraszam do komentarzy
Ochrona środowiska:
Energetyka:
Gospodarka:
Praca i polityka społeczna:
System emerytalny:
Edukacja:
System wyborczy:
Polityka Zagraniczna:
Stan Partii
Moim skromnym zdaniem Zieloni są na dobrej drodze żeby wreszcie zaistnieć na polskiej scenie politycznej. Po pierwsze partia wreszcie doczekała się liderów, którzy nie są kompletnie anonimowi i co ważniejsze są w parlamencie a więc mają platformę by propagować swoje poglądy. Po drugie zważając na to, że jednymi z głównych zarzutów stawianych PO jest ‘bycie tylko anty-pisem’ ‘nijakość’ i brak własnych pomysłów to trzeba przyznać, że co jak co ale Zieloni mają tych postulatów naprawdę sporo. Po trzecie patrząc na odpływ wyborców lewicowych w stronę Trzaskowskiego i Hołowni można się spodziewać, że Zieloni mają tu trochę elektoratu do zagospodarowania. W związku z tym spodziewam się, że mogą rosnąć w siłę jako progresywne skrzydło KO. Oczywiście nadal będą jedynie frakcją w tej koalicji i nie zagrożą raczej dominacji PO ale wraz ze wzrostem jej popularności lub ewentualnym przejęciem władzy od PiS mogą moim zdaniem stać się w parlamencie siła porównywalną z Konfederacją (11 posłów) czy nawet PSL (20 posłów)
Jak zawsze dziękuję wytrwałym za lekturę moich wypocin i zgodnie z życzeniami podrzucam do poprzednich wpisów w cyklu:
www.reddit.com/PolskaPolityka/wiki/przeglad_partii
submitted by howdoesilogin to PolskaPolityka [link] [comments]


2020.10.06 14:09 Omega_Den Trochę o aborcji, ale w sumie bardziej o czymś innym.

Wytrzymajcie drodzy czytelnicy początek, proszę i doczytajcie do końca.
Wiecie,
mam potrzebę rozmowy, dyskusji na temat aborcji i rzeczy związanych dookoła niej.
Mam straszny z tym dylemat, bo samo myślenie o tym sprawia, że czuję się brudny. Nie mówiąc już o paskudnym uczuciu ,,krakania''.
Chciałbym jednak w miarę możliwości unikania takich górnolotnych zdań jak ,,przyjmowania krzyża na siebie''. Uniknijmy proszę dziś tej frazeologii. Spycha ona rozmowę nie na ten tor, na który bym chciał by poszła ta rozmowa.
Wiele się mówi po naszej stronie o zakazie aborcji, ochronie życia poczętego.
Wiele o tym myślałem. Bo jest to tak naprawdę jedyny logiczny prawnie sens.
No bo, skoro można zabić kilkumiesięczne dziecko z podejrzeniem downa w łonie matki, a już chwilę później urodzeniu ta sama czynność to jest mord. Albo, jeśli można zabić ciężko upośledzone dziecko, to dlaczego tego, które się rodzi z porażeniem mózgowym i niedotleniem przez źle przeprowadzony przez lekarza poród już nie można ? I jeden i drugi człowiek jest ciężko chory. I raczej bez cudu nie będzie mieć żadnych szans na jakiekolwiek samodzielne życie.
To gdzie jest tu logika ? No nie ma. Wiele o tym myślałem. O sensie utrzymywania przy życiu chorych ludzi. Porównywania tego do tego jak traktujemy zwierzęta i jeśli one rodzą się tak mocno chore, to nie każemy im cierpieć. DO głowy wpadały mi słowa papieża JP2 o nieuporczywej terapii etc. Ale co począć jeśli wszystkie organy zdrowe, tylko głowa nieodwracalnie uszkodzona ? Zaraz w całej ciągłości mojego rozumowania docierałem jedynie do tego, że jeśli pozwolimy na skracanie cierpień chorych (zabijanie) to w zasadzie kończymy na uśmiercaniu chorych psychicznie też etc. No bo gdzie postawić tą kreskę ? I na pewno będą kolejne przypadki wymagające kolejnego przekraczania tych kresek. A potem witamy na zachodzie, gdzie słyszy się już o strachu starszych osób przed lekarzami, bo zasugerują eutanazję...
Wiem, już pewnie w myślach ustawiacie mnie przy furgonetkach PRO-LIFE etc.
Ja nie o tym, ale chciałem i to z siebie wyrzucić.
Chodzi mi o upiorne słowa Mentzena, który w pewnym wywiadzie powiedział wpierw, że trzeba zachować każde istnienie i nie wolno absolutnie abortować żadnego człowieka.
Zaraz jednak dodał, że potem ciężar jaki spada na rodziny obarczone tak strasznym brzemieniem to już tylko i wyłącznie sprawa rodzin a nie państwa.
Nie jest to dla mnie do zaakceptowania.
Szczęśliwie w rodzinie nie mam tak ciężko chorego członka rodziny. Ale poświęciłem trochę czasu. Poczytałem wpisy rodzeństwa, osób opiekujących się chorymi.
O ich dosłownej gehennie psychicznej i fizycznej. O tym, że to jest częst opieka 24/7. Tak o, państwo niespecjalnie przymierza się, żeby realnie pomóc ludziom. Ale niech tylko chora osoba umrze, to zaraz sprawdzamy, czy na pewno to było naturalne, czy może ktoś mu nie skrócił cierpień ( i swoich też).
Uważam, że jeśli mamy iść serio w te zakazy aborcji, to powinniśmy wcześniej wdrożyć realną pomoc państwa dla takich rodzin.
Rozbudować całodobowe domy opieki społecznej czy o innej nazwie ośrodki. Zmienić też ich postrzeganie w społeczeństwie. Tak by oddając tam chorego, ludzie nie byli postrzegani jak ktoś kto zrzuca zbędny balast. Tylko jak ludzie oddający chorych do miejsc z lepszą opieką.
Fajnie się wytyka palcami i krzywo patrzy. Ale gdy czyta się wpisy kobiety, która ma 50 lat. Całe życie pomagała rodzicom zajmować się chorym rodzeństwem, a kiedy w końcu ten brat / siostra umarł, trzeba było zając się chorymi przez nieustanną pomoc rodzicom. W końcu i oni zmarli. I została ta kobieta sama. Bez jakiejś kariery, bez własnej rodziny. Wszak całe życie musiała się stale kimś opiekować. I teraz została sama. To już inaczej człowiek na to wszystko patrzy prawda ?
Uważam, ze marnowane pieniądze z 500 + na lumpenprolektorat powinny w pierwszej kolejności iść na pomoc właśnie takim rodzinom. W moim idealnym świecie, byłyby kumulowalne wolne dni dla rodziców. Tak, że po prostu przychodzi opiekun i siedzi 24h z daną chorą osobą a wtedy rodzice/ rodzina ma czas dla siebie. Idealnie byłoby to 2 dni w tygodniu przynajmniej. Tak żeby rodzice mogli wyskoczyć z żoną, mężem czy dziećmi na inną aktywność. Na chwilę się odstresować. Alternatywnie powinna być rozbudowana sieć DPS z wykfalifikowaną pomocą dla osób w wieku x ze schorzeniem y. Bardzo dobrze opłacaną i związaną wieloletnimi kontraktami, tak by uniemożliwić częstą rotację personelu. Jeśli się boimy, że ludzie tam będą oddawać chore dzieci na niby adopcję, to zawsze można zobowiązać rodzica do odwiedzin np. raz w tygodniu. Tylko to musi być na serio dobra i profesjonalna pomoc. Osobo ciężko upośledzonym umysłowo nie powinna tak bardzo to przeszkadzać zmiana opiekuna x na y. A dla reszty rodziny. To po prostu ulga. Gigantyczna ulga.
Jesteśmy już rozbudowanym i rozwiniętym społeczeństwem. I jeśli chcemy przestrzegać boskie prawo do życia co do joty. To powinniśmy również pomagać rodzinom obarczanymi tą tragedią.I nie możemy tu liczyć tylko na pomoc rodziny. Jak wiemy różnie z jej pomocą bywa. To rozwiązanie musi pochodzić od państwa. A pomoc ta, musi się rodzinom i chorym należeć.
Tragedie te przecież dotykają tych lepiej i gorzej usytuowanych. Bez pomocy państwowej profesjonalne całodobowe DPSy będą przecież nieosiągalne
Więć jeśli chcemy gdzieś rozbudowywać socjal, to właśnie w taką stronę.
Pomogłoby to wreszcie rozwiązać ten upiorny problem zostawiania dziadków/rodziców na święta w szpitalach. To nie jest przejaw okrucieństwa społeczeństwa. Tylko ich krzyk o pomoc i potrzeby choć chwili normalności.
Niestety medycyna w upiorny sposób istnieje w naszym życiu. Potrafimy utrzymywać chorych dekadami, ku ich i ich bliskich dłuższemu cierpieńu. A nie potrafimy ich uzdrowić. Skoro więc musimy czekać na dalszy rozwój medycyny, odciążmy chociaż bliskich.
Osobom, które za chwilę będą argumentować poprzez wyolbrzymianie niedociągnięć mojego pomysłu i przez co udowadniając jego bezsens już teraz pozdrawiam.
Również tych, którzy będą pisać, że lepiej by te pieniądze przeznaczyć na tych rokujących nadzieję (czyli w tzw. inwestowanie w człowieka)
Wywód mój jest po to by zaproponować drogę, którą można by iść by pomagać ludziom. Chorym i ich opiekunom. Jeśli zrezygnujemy jako państwo, z aborcji eugenicznej.
submitted by Omega_Den to konfa [link] [comments]


2020.04.03 11:49 myholoic20 STEROIDY ANABOLICZNE W SILOWNIACH: STOSOWANIE I NADUZYCIE

Kazdy, kto byl zainteresowany czytaniem tego artykulu na temat anabolikow, prawdopodobnie nalezy do dwoch przeciwnych swiatow, albo nie rozumie duzo kulturystyki, albo nie zartuje z poziomu treningu, ktory przeprowadzi.

W tym drugim przypadku z pewnoscia sa to ludzie szukajacy bardzo umiesnionego ciala i byc moze mysla o rywalizacji na szczycie krajowej lub miedzynarodowej kulturystyki.

Dla obu grup powiem ci, ze skoro myslisz, ze masz racje ... sterydy anaboliczne moga bardzo szybko pomoc w osiagnieciu ogromnego ciala, jest to udowodnione.

Niektore syntetycznie produkowane hormony pomoga szybko zbudowac miesnie, a nawet sprawia, ze beda one wygladac na ogromne, oczywiscie przy odpowiednim treningu.

Ale tak jak jest to pewne, prawda jest rowniez to, ze chociaz sterydy anaboliczne pomoga im zbudowac ogromne cialo, musze powiedziec, ze szkody, jakie moga wyrzadzic zdrowiu, sa wieksze niz korzysci uzyskane na poziomie estetycznym.

ZNACZENIE ZMIANY POWIERZCHNI PODCZAS BIEGU

Sterydy anaboliczne, rowniez bardziej poprawnie znane jako androgenne sterydy anaboliczne.

Sa to sterydy, ktore zawieraja naturalne androgeny, takie jak testosteron, a takze syntetyczne substancje, ktore sa strukturalnie spokrewnione i maja dzialanie podobne do testosteronu.

Sa anaboliczne, poniewaz zwiekszaja bialka w komorkach, szczegolnie w miesniach szkieletowych.

Wywieraja takze rozny stopien dzialania androgennego i wirylizujacego, w tym wywoluja rozwoj i utrzymanie drugorzednych cech plciowych mezczyzn, takich jak wzrost strun glosowych i owlosienie ciala.

WPLYW STEROIDOW ANABOLICZNYCH

Niektore przyklady anabolicznego dzialania tych hormonow to zwiekszona synteza bialek z aminokwasow, zwiekszony apetyt, zwiekszona przebudowa i wzrost kosci oraz stymulacja szpiku kostnego, co zwieksza produkcje czerwonych krwinek. we krwi.

Poprzez szereg mechanizmow fizjologicznych stymuluje tworzenie komorek miesniowych, a zatem powoduje wzrost wielkosci miesni szkieletowych.

Ale pomimo tego, ze w pewien sposob pomagaja budowac mase ciala. Prosta prawda jest taka, ze ??za sterydami anabolicznymi kryje sie szereg niepozadanych reakcji zwiazanych z ich naduzywaniem i niewlasciwym uzyciem.

Stosowanie sterydow moze modyfikowac normalne wytwarzanie hormonow w naszym ciele.

📷

Dlatego wiekszosc objawow dotyczy tego, czy te leki zostaly nagle przerwane; jednak niektore niekorzystne objawy, takie jak najglebszy rozwoj glosu u kobiet, moga utrzymywac sie z czasem.

Informacje o reakcjach zwiazanych z dlugotrwalym uzytkowaniem na silowni pochodza glownie z opisow przypadkow, a nie z rzetelnie przeprowadzonego monitorowania.

W kazdym razie badania epidemiologiczne dlugotrwalego leczenia sa bardzo wiarygodne.

Najczestsze objawy zwiazane ze stosowaniem sterydow anabolicznych moga obejmowac:

? Zwiekszona agresywnosc, sprawi, ze bedziesz silniejszy tak, ale takze bardziej agresywny.

? Sterydy anaboliczne; nieuchronnie kulminuja one w przypadkach nieplodnosci podczas dlugich zabiegow.

? Prowadza do generowania mniejszej liczby plemnikow, co zmniejsza prawdopodobienstwo urodzenia dziecka.

? Powoduje wypadanie wlosow.

? Generuje obrzeki i stany zapalne tkanek ze skora i lamliwymi wlosami.

Nawet obie plci sa narazone na powazne problemy medyczne, w tym wysokie cisnienie krwi i uszkodzenie watroby.

Teraz, jesli pomimo przeczytania tego nadal decydujesz sie na stosowanie sterydow anabolicznych na silowni, rob to na wlasne ryzyko, nie moge ci tego zabronic, ale moge dostarczyc ci niezbednych informacji, ktore pomoga ci podjac wlasciwa decyzje.

Sprawiajac, ze w koncu zobaczysz, ze jest to cos niebezpiecznego i niepotrzebnego. Jesli wiem, to prawda, ze ??pomoze ci sie powiekszyc, jednak jakim kosztem?

BOCZNE WPLYW ANABOLIKI NA MIESNIE

Kiedy uzywasz sterydu anabolicznego, aby zbudowac wiecej miesni, narazasz swoje zdrowie, a takze miesnie.

Kiedy cialo przyzwyczaja sie do przyjmowania syntetycznych hormonow, moze osiagnac ciagla poprawe, ale bedziesz musial coraz bardziej zwiekszac dawke.

Nawet ryzyko urazow miesni (lzy spowodowane przyspieszonym i sztucznym wzrostem sily), urazow stawow, lez wiezadel wzrasta.

Wszystkie logiczne konsekwencje wynikajace z niekontrolowanego wzrostu sily miesni nierownomiernie ze stawami i wiezadlami.

Nadal uwazasz, ze warto?

STEROIDY ANABOLICZNE U KOBIET

Jesli chodzi o kobiety, czy chcialbys chodzic, rozmawiac i przypominac mezczyzne? (Jest to okreslane jako wirylizacja).

Zakladajac, ze odpowiedz brzmi tak, to nie bedziesz mial nic przeciwko uzyciu sterydu anabolicznego w ramach swojej rutyny.

Oczywiscie nie zapominaj o innych objawach, ktore wcale nie sa subtelne pod wzgledem negatywnego wplywu, jaki moga miec na twoje cialo.

Efekty u kobiet obejmuja poglebienie glosu, wzrost wlosow na twarzy i prawdopodobnie zmniejszenie wielkosci piersi.

📷

Mezczyzni moga nawet rozwinac powiekszenie tkanki piersi, znane jako GYNECOMASTIA , zanik jader i liczba plemnikow.

Szczegolnie uwazam, ze wszystkie wytwarzane przez niego negatywne wartosci znacznie przewyzszaja zainteresowanie, jakie mozna uzyskac, aby dac je na silowni.

OPINIA O STOSOWANIU STEROIDOW ANABOLICZNYCH

Nadal uwazam, ze prawdziwa i prawdziwa forma rozwoju miesni wymaga naturalnych metod lub stosowania przebadanych klinicznie i zatwierdzonych suplementow, a nie technik inzynieryjnych.

Kiedy skupiasz sie na swojej diecie, aby dostarczyc swojemu cialu skladnikow odzywczych potrzebnych do prawidlowego treningu i rozwoju miesni, osiaga sie swietne wyniki.

Jest to kultura, ktora staram sie szerzyc w celu zapewnienia bezpiecznego i zdrowego rozwoju, ale jak mowilem w calym artykule, istnieje rowniez „latwe wyjscie”, tak, przynoszace wiecej szkody niz pozytku.

Byc moze byl to bardzo alarmujacy artykul, ale mam nadzieje, ze tak sie dowiesz i dowiesz sie troche na ten temat, zanim zaczniesz w nim zanurzac " Ciemny obszar do " ktory istnieje w swiecie profesjonalnej kulturystyki.

Jako ogolna zalecenie i ogolna zasade, radze skupic sie na regulacji kazdego aspektu treningu, zanim skupisz sie na budowaniu ogromnych miesni za pomoca sterydow anabolicznych.

Wiele razy pozbawieni skrupulow towarzysze zachecaja do uzywania sterydow, aby uzyskac magiczne rezultaty przy minimalnym wysilku.

Dlatego najwazniejsza jest informacja i jasne, ze praca i wytrwalosc sa zawsze niezastapionymi filarami do osiagniecia rzezbiarskich cial.

submitted by myholoic20 to u/myholoic20 [link] [comments]


2019.12.15 10:03 Szuchow "Aborcja bez granic": kobiety dzwonią po pomoc bez przerwy, a prawica śle donosy do prokuratury

submitted by Szuchow to Polska [link] [comments]


2019.12.04 16:41 compulsiveranter Polacy przywrócili moją wiarę w ludzkość/Polish people have restored my faith in humanity

Original post: https://www.reddit.com/poland/comments/e5ve5q/polish_people_have_restored_my_faith_in_humanity/
*Please note this is a google translated version so more people can know about this
Wersja TLDR na końcu.
Piszę to, aby Polacy czytający to dzisiaj powinni czuć się niesamowicie dumni z siebie i swoich współobywateli. Nigdy w życiu nie ściskałem tylu przypadkowych nieznajomych, ponieważ byłem upokorzony.

Krótko, pochodzę z Indii i podróżowałem sam przez około miesiąc. Przez większość czasu przebywałem w Wielkiej Brytanii, a mój pobyt w Polsce trwał około 8 dni. Moja podróż była związana z pracą.

Tak czy inaczej, moja podróż szła absolutnie dobrze i świetnie się bawiłem, spotykając ludzi z obu krajów i zwiedzając region, ponieważ był to mój pierwszy raz w Europie.

Nadchodzi ostatni dzień. Byłem w Krakowie i miałem pociąg do Warszawy zarezerwowany z EIP, a następnie lot w nocy do lotniska z Delhi.

Opuszczam mieszkanie i jadę tramwajem do Krakowa Głównego i wtedy to gówno mi się nie udaje. Okropnie źle. Wszyscy winni za to siebie.

Nosiłem bagaż kabinowy i plecak z laptopem, ładowarkami, gotówką i PASZPORTEM. Cały czas miałem przy sobie plecak. Wcześniej odbyłem wycieczkę po Krakowie po starym mieście. Moje plecy były trochę obolałe z powodu długiego dnia, więc po to, by poczuć się trochę swobodnie, siadam na pustym siedzeniu w tramwaju i zdejmuję plecak, żeby go schować.

Tramwaj zbliża się do mojego przystanku i zdaję sobie z tego sprawę późno. Zatrzymuje się i patrzę na zewnątrz, aby uświadomić sobie, że do cholery muszę stąd wyjść. W chwili strachu przed nieudanym zatrzymaniem wybiegam ze sobą, zabierając ze sobą torbę kabinową. Właśnie kiedy wychodzę, drzwi tramwaju zamykają się i odjeżdżają. Potem mi się świta, dziwnie się czuję, jakby coś się zmieniło. Ku mojemu przerażeniu właśnie to zrobiłem, PLECAK. Najważniejszy kawałek zostawiłem podczas podróży tramwajem. Byłem w stanie paniki. Absolutna panika i czułem we mnie kryzys i stan pomocy. To jest mój dzień wyjazdu i właśnie w tym momencie popełniłem największe pieprzenie. Był w tym mój paszport. To jest moja tożsamość i to był jedyny sposób, by móc wrócić.

Teraz zaczyna się mój związek z nieznajomymi. Idę na górę, do stacji, żeby zobaczyć znak informacyjny. Znalazłem jeden na wycieczki, ale oczywiście potrzebowałem pomocy i wszedłem do środka. Jest tam ta pani i prosi mnie o sprawdzenie biura MPK, które jest na zewnątrz. Wychodzę i zgaduję, co znajdę, biuro jest zamknięte, ponieważ jest niedziela. Mam na myśli to, że kiedy idzie źle, po prostu idzie gorzej.

Tam jest przystanek autobusowy i widzę młodą damę czekającą na swój autobus. Podchodzę do niej nadal w stanie paniki i opowiadam jej o tym, co się właśnie wydarzyło. Zgadnij co? Nie rozumie angielskiego, ale jej postawa sugerowała, że ​​chce pomóc, ale nie rozumie gówna. W tej sytuacji uderzyło mnie to, skorzystajcie z technologów. Otwieram tłumaczenie Google i piszę tam „Zostawiłem torbę w tramwaju i ma ona mój paszport, proszę o pomoc!” Teraz dobrze zrozumiała, że ​​ten facet jest w poważnej sytuacji. Nasza komunikacja odbywa się po tłumaczeniu. Rozgląda się, by znaleźć numer. Dzwoni na ten numer, mówi do nich. Wyjaśnia im moją sytuację, która zajęła dobrze około 10-15 minut. Rozumiem, że to dla mnie przypadkowa osoba, nie znam jej. Nie mówi nawet wspólnym językiem między nami, ale wciąż tam stała, żeby mi pomóc. W trakcie rozmowy jest informowana, żebym zadzwonił pod ten sam numer po 2 godzinach. FFS. Mam lot za 6 godzin i nadal muszę jechać pociągiem do Warszawy, która trwa 30 minut. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie będę w stanie tego złapać. Dziękuję tej kobiecie i przytulam ją za jej pomoc.

Byłem w tej bezradnej sytuacji, ale wiedziałem, że nie mogę tego znieść. Wpadłem na pomysł, że może, po prostu MAJBE, kierowca na ostatnim przystanku zmienia zmiany i sprawdza, czy w tramwaju nie ma żadnych rzeczy. Jadę następnym tramwajem do następnego przystanku. Sięgnij, aby znaleźć biuro. Jest jeden stary dżentelmen. Piszę z telefonu tekst o mojej torbie. Tekst jest przetłumaczony na język polski. Uświadomiłem sobie, że nie będzie znał angielskiego. Wyjaśniam mu sytuację i podaję numer tramwaju oraz godzinę, o której jechałem. Wyciąga swoją gadatliwą i komunikuje się z kierowcą. 5 minut komunikacji i wraca, żeby powiedzieć mi „nie”, aby wskazać, że kierowca niczego nie znalazł. Kolejna realizacja zniknęła! Torba nie wraca. Ktoś prawdopodobnie właśnie to wziął. To znaczy, że byłoby to dość intratne. W środku jest cały laptop. Ale powiedział przez tłumacza, że ​​możesz iść na policję, która zajmuje się MPK. Zapisał mi ten adres, a także dokładny numer tramwaju, który wybrałem. Kolejny akt dobroci. Mógł mnie po prostu odepchnąć, gdy powiedział mi, że nic nie znaleźli. Wiedziałem, że muszę iść na policję, ponieważ torba miała mój cholerny paszport. Mogłabym być w prawdziwym niebezpieczeństwie i nie miałam pojęcia, co do diabła się z tobą stanie, jeśli stracisz paszport w obcym kraju.

Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku.
Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku. Idę na ten przystanek tramwajowy i znajduję kolejnych dżentelmenów, którzy prawdopodobnie byli tam, aby pomóc kierowcom tramwajów. Idę do niego, ale on nie mówi po angielsku. Pulsuję tę samą wiadomość z mojego telefonu. Zdaje sobie sprawę z mojej paniki i zabiera mnie na górę do swojego biura. W środku siedzi kobieta, prawdopodobnie jego przełożony. Mówi jej o sytuacji. Na szczęście zna trochę angielskiego. Mówię jej bezpośrednio. Prosi, żebym poczekał na zewnątrz. To samo dzieje się, gdy próbuje dowiedzieć się o torbie, pytając kierowców tramwajów. Wraca do mnie, aby przekazać tę samą wiadomość, nie mają żadnych informacji. Facet, który mnie zabrał, zaleca również, żebym poszedł na komisariat. Mówi, jakim tramwajem muszę jechać i w którym kierunku muszę iść ze stacji docelowej. Tramwaj przyjeżdża i mówi mi ten. Kontroler biletów jest w środku. Mówi mu, który przystanek i muszę się do niego dostać, i daje mu bilet na ten dokładny przystanek i informuje go, kiedy nadejdzie przystanek. Kolejny akt dobroci. Życzy mi również powodzenia. Jestem mu wdzięczny.

Mój cel przybywa, gdy zastanawiam się, co dalej. Kontroler biletów każe mi tu zejść. Idę na komisariat policji i wygląda na to, że jest zamknięty. Nie mów mi, że posterunek policji również jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Nie dlatego, że przybywa policjant i kiedy wchodzi do biura, pytam go o angielski. On tego nie mówi. Znów Google tłumaczy FTW. Wchodzi do środka, a potem wraca chwilę i wskazuje mi tablicę, która wspomina coś o zagubionym i znalezionym dla MPK. Określa godziny otwarcia i zgadnij co. Jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Próbuję go zapytać o cokolwiek innego, co mogę zrobić, ale on nie może mnie absolutnie zrozumieć. Moje walki trwają i podczas tej akcji 3 młode kobiety wchodzą na komisariat. Jedna z nich prowadziła samochód, więc chciała sprawdzić poziom alkoholu. Gdy mają zamiar wyjść, widzą, że walczę tutaj z komunikacją. Patrzę na jedną z kobiet. Ona już na mnie patrzy, być może z powodu mojej spanikowanej twarzy, a jej uwagę przykuła walka. Pytam, czy ona mówi po angielsku, odpowiedziała twierdząco. Jestem jak dzięki Bogu i mówię jej o mojej sytuacji. Dziewczyna, która chciała sprawdzić poziom alkoholu, licytuje adieu i odchodzi, gdy dwie kobiety zostają. Oboje mówią po angielsku. Komunikują się dla mnie z oficerem. Zapytaj o najlepsze rozwiązanie. Zapytaj go, co mogę zrobić. Mówi im, że ten facet musi udać się do ambasady indyjskiej, która znajduje się w Warszawie, i poprosić o uzyskanie duplikatu paszportu. A potem proszę ją, żeby zapytała go, czy mogę dostać dokument potwierdzający utratę paszportu. Może będę musiał coś pokazać ambasadzie. Wyciąga formularz i prosi mnie o napisanie moich danych. Następnie stempluje go dla mnie i zatrzymuje kopię. Cała ta walka i walka trwały prawie 45 minut, ale te dwie niesamowite kobiety stały obok mnie. Pomógł mi z całą komunikacją i szczegółami. Policjant wydrukował mi nawet adres ambasady z numerem telefonu. Chociaż mogłem to rozgryźć, ponieważ miałem swój telefon, ale to miło z jego strony. Kolejny akt dobroci.

Wiedziałem, że muszę teraz jechać do Warszawy. Spóźniłem się na pociąg i również spóźniłem się na lot. Muszę powiedzieć, że byłam dość załamana. Ale te akty dobroci i posiadania telefonu, a także portfela przy mnie, dały mi spokój.

Idę na dworzec w Krakowie i rezerwuję następny dostępny pociąg. Powiedziano mi, że nie ma miejsc, ale możesz stać. Świetny! 3 godziny podróży do Warszawy. Dzień staje się lepszy. Czekając na pociąg, dzwonię pod numer alarmowy ambasady indyjskiej i informuję osobę o mojej sytuacji. Cierpliwie słucha mnie i radzi, żebym przyszedł do ambasady jutro rano i opowiada o wszystkich dostępnych dokumentach, które muszę zdobyć.

W tym momencie pamiętam również, że zostawiłem swoją dużą walizkę na automatycznym stanowisku zrzutu bagażu na dworcu warszawskim, zanim pojechałem pociągiem do Krakowa, aby zapewnić sobie wygodę podczas pobytu w Krakowie. Zgadnij co? Kluczem do mojego bagażnika był mój plecak! Nadchodzi kolejny problem, by uderzyć mnie w twarz. Moim priorytetem było dotarcie do ambasady i pytanie, jak mogę wrócić do domu w tej sytuacji. Pogotowie w ambasadzie powiedziało mi, jak mogę uzyskać zaświadczenie o stanie zdrowia. W przeciwnym razie uzyskanie nowego paszportu może potrwać do 2 tygodni !!

Pociąg właśnie przyjeżdża i docieram na peron, by poszukać mojego pociągu, tekst pomieszał mnie jeszcze bardziej, gdybym był we właściwym miejscu.

Uważam, że młoda kobieta wygląda tak samo zdezorientowana jak ja. Pozdrawiam ją i proszę, żeby zobaczyła mój bilet i czy jestem we właściwym miejscu. Mówi mi, że znajduje ten sam pociąg. Byłem więc idealny, po prostu pójdę za tobą. Czyta informacje na tablicy elektronicznej i mówi mi to późno o 30 minut.
Staliśmy więc razem, czekając na pociąg i rozpoczynamy rozmowę o tym, co się dzieje w życiu. Rozmawiamy o tym, a ja oczywiście mówię jej o moich doświadczeniach. Ona jest z niedowierzaniem. Oczywiście czuje się z tego powodu okropnie. Ale mówi mi, żebym się zbytnio nie przejmował i że jutro po prostu pójdę do ambasady. Mówi mi, że nawet ona ma bilet stały. Byłem trochę szczęśliwy mając towarzystwo podczas mojej 3-godzinnej próby. Pociąg przyjechał. Jesteśmy w środku. Odchodzi i rozmawiamy przez podróż o niej i moim pochodzeniu oraz o naszych krajach. Pochodzi z Ukrainy, ale przeprowadziła się do Polski, gdy miała 15 lat. Później w naszej rozmowie rozmawialiśmy o moich problemach, a potem powiedziałem jej, że moja walizka utknęła na warszawskim dworcu i że klucz jest w moim plecaku. Wspomniałem również, że wyjaśnianie komukolwiek na stacji byłoby bolesne w tyłek, ponieważ nie mówię po polsku. Mówi mi, żebym się nie martwiła i że pójdzie ze mną, kiedy dotrzemy na dworzec warszawski, aby porozmawiać z władzami. Byłem wzruszony. Teraz rozumiem. Stoimy przez 3 godziny. Ziewamy przez podróż. Jest 23:00 w nocy i wszystko, co może myśleć, to iść do domu spać. Ona też ma pracę następnego dnia. Mimo wszystko zobowiązała się do pomocy. Kiedy dotarliśmy na stację, poszła ze mną do władz. Pomógł mi odzyskać torbę, za co musiałem zapłacić karę, a potem licytować po przyjeździe jej taksówki. Kolejny akt dobroci.

Przewiń do następnego dnia. Wyjeżdżam do ambasady absolutnie zrozpaczona sytuacją, w której się znalazłem. Dojeżdżam do ambasady. Pozwalają mi spotkać się z konsulatem, biorąc pod uwagę moją pilną sytuację. Moja kolej nadchodzi, siadam przed nią. Opowiadam jej o tym, jak zgubiłem plecak, a mój paszport był w środku i potrzebuję zaświadczenia o konieczności powrotu do domu. Prosi, żebym tu zaczekała i wstaje. Zastanawiam się, że to zimno. Nagle mnie łamie i wchodzi do środka tuż po mojej kolejce. Wraca z listem. List pochodzi z komisariatu policji w Krakowie. Pisze o znalezieniu plecaka z paszportem. Potwierdza przedmioty ze mną i moim numerem paszportu. Wszystkie pasują do siebie. Wszystkie pasują do siebie. Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułem. Gdybym musiał podać analogię, możesz pomyśleć o Willie Smithie w pogoni za szczęściem. Przedostatnia scena, w której opisuje, kiedy w końcu poczuł się szczęśliwy. Nawet emocjonalnie piszę o tym.

Okazuje się, że bohater, ABSOLUTNY Bohater, znalazł plecak leżący w tramwaju i zabrał go prosto na policję. Byłem z niedowierzaniem, gdy zacząłem rozumieć, że właściwie mogę odzyskać wszystko. Laptop ma takie ważne dokumenty robocze. Wszyscy myśleli mi o tym, co straciłem i ile pracy musiałbym wykonać ponownie, ponieważ nie mam laptopa. Oczywiście utrata laptopa byłaby również ogromną stratą pieniężną.

Pani powiedziała mi, że powinieneś przyjechać do Krakowa i odebrać swoją torbę. Dała mi kopię listu od policji, zawierającego dane adresowe i numer telefonu.

Wybiegłem, by udać się prosto na stację. Kupiłem następny dostępny bilet na pociąg do Krakowa.

Po kilku godzinach byłem na posterunku policji. Policjantka zabrała mnie do mojej torby i poprosiła o sprawdzenie wszystkich rzeczy w środku. Nie żartuję. Nie poruszył się ani o cal. Mam wszystko tak, jak jest. Ta dama była dla mnie taka słodka. W moim kraju kontakt z policją wcale nie jest łatwy. Ale to było bardzo przyjemne. Powiedziałem jej, że jeśli przyjedzie do Delhi, będzie moim gościem. Jako specjalną prośbę zapytałem ją, czy mogę porozmawiać z tym bohaterem. Zadzwoniła do niego. Powiedziała mu, że facet chciałby z tobą porozmawiać. Prawie go nie słyszałem, a on nie rozumiał angielskiego, ale żałowałem, że nie ma najlepszego życia i zdrowia. Jest niesamowitą osobą i naprawdę mam szczęście, że mam takich ludzi na tym świecie. Nazywanie tego aktem dobroci byłoby niedopowiedzeniem. Pani wzięła telefon i przetłumaczyła mu to wszystko. Mam nadzieję, że sprawiłem, że poczuł się wyjątkowo w tym momencie. To niesamowite, nie znam tej osoby, nie znam jego twarzy i nie wiem, co robi, ale właśnie dokonał jednego z najbardziej niesamowitych czynów w moim życiu.

Siedząc w drodze powrotnej do Delhi, chcę podziękować Polsce za to, że to dla mnie zrobiła. Naprawdę dziękuję! Wszyscy ci ludzie w mojej historii są absolutnie niesamowici.

Tacy ludzie naprawdę sprawiają, że świat jest lepszym miejscem i dają nadzieję.

Pójdę powiedzieć wszystkim, których znam, aby odwiedzić Polskę. To piękne miejsce z pięknymi ludźmi.

Poza tym pracuję w branży turystycznej w Indiach, więc jeśli chcesz uzyskać porady na temat podróży tam, napisz do mnie. Indie słyną również z gościnności.

TLDR Podróżowałem po Polsce, zgubiłem plecak w Krakowie w tramwaju, który miał również paszport i laptop i znalazłem go po długiej walce z pomocą absolutnie nieznajomych.
submitted by compulsiveranter to Polska [link] [comments]


2019.11.04 21:40 ThisOneTimeOnlyOK Transowe success story

EDIT: No co za ludzie. Człowiek pisze sobie post, cieszy się życiem. Wstaje rano, wraca po 8 godzinach pracy - a tu 30+ wiadomości w skrzynce, gold i silver. Opanujcie się! W każdym razie dzięki wielkie za golda na throwaway koncie <3 A teraz czas na maraton odpisywania... Pozdrawiam wszystkich i cieszę się, że sprawiłam Wam przyjemność :)
No cze.
Problemy osób trans przed tranzycją - tysiące informacji. Problemy osób trans po tranzycji - dziesiątki. Pozytywne historie osób trans po tranzycji? Eee... Są! Są, są, sama widziałam. Są. Tak że ten, w zasadzie nie ma sprawy, nie macie po co czytać dalej.
Ale żeby dać Wam rzeczywiście dobry powód, żeby zignorować resztę posta, to pierwsze musi zaistnieć owa "reszta posta". Tak więc, here you go.
Nazywam się wciąż tak samo, jak kiedyś. Mam bliżej do 30 niż 20. Mieszkam w Polszy, jestem trans. Urodziłam się geekiem (nerdem?), stałam się geeczą (nerdczą? Po awansie będę nadnerczą?). Mimo że moja preferencja seksualna się nigdy nie zmieniła, to nagle z akceptowalnego hetero, stałam się homolesbą - taka to sprawiedliwość. Efekt uboczny - szczęśliwy homozwiązek z [cis] dziewuszką. Teraz, kiedy się już świetnie znamy, chciałabym przedstawić historię mojej arcytrudnej tranzycji.
Zacznijmy od 20+ lat życia w przekonaniu, że to fetysz. Zaczął się skubany jak miałam mniej niż 7 lat i nie w każdej sytuacji dotyczył sfery seksualności - ale kto by się zastanawiał, fetysz to fetysz. Tutaj mogłabym opisać moje życie, ale nikomu to do szczęścia niepotrzebne. Ważne, że problemy były wystarczająco duże, żeby latami płakać nad niemożliwą do odwrócenia rzeczywistością, ale psychika na tyle odporna, co by nie mieć myśli samobójczych.
Ważny zwrot wydarzył się X miesięcy temu – w końcu [bardzo nikłe] ustatkowanie życiowe, możliwość radosnego zapadnięcia się w owy fetysz bez problemu. No i wtedy zonk – dlaczego wciąż czuję się jak kupa? Dlaczego to nie wystarcza? Jak żyć? Załamanie, decyzja o tym, że sama nie dam rady, podróż do pierwszego w życiu psychologa.
Inteligentne podejście z mojej strony: Jak z tym fetyszem żyć, psze Pani?Skonfundowana odpowiedź: A nie myślałaś może o tym, że trans jesteś?Wnikliwa analiza i jak zawsze trafna konkluzja: Może, ale w Polszy to przecież nie da się być trans.Skonfundowana riposta: W sumie to da się, wiesz? Hormony, takie tam.
Tak trafiamy do czasów odległych o ~rok. Cel: dowiedzieć się jak przeprowadzić tranzycję. Internet nie pomógł, zdobyłam dziesiątki informacji, każda mówi co innego i jest zależna od regionu Polski.
Krok 1: seksuolog. Efekt: psycholog-seksuolog hormonów Ci nie da.Krok 2: seksuolog lekarz. Efekt: potrzeba pisemnego zaświadczenia psychologa.Krok 3: kolejny, inny psycholog. Jedna wizyta, brak wątpliwości co do statusu trans.Krok 4: seksuolog lekarz. Efekt: brak wątpliwości co do statusu trans + zaświadczenie od psychologa = hormony.
W ten sposób otrzymałam receptę po 3 tygodniach od pierwszej wizyty u lekarz seksuolog. Zaczęła się terapia hormonalna.
Mijają 2 miesiące, widać pierwsze efekty tranzycji cielesnej (czyt. lekko widoczniejsze kości policzkowe i ból piersi, wypas). Czas na tranzycję społeczną. Ubrania - kupione. Makeup - ładnie napaćkany. Odwaga - może w pokoju obok. Wychodzę na zakupy. Pierwszy problem - stres sprawia, że mnie nie słychać. Praktycznie ruszam ustami bez wypowiadania dźwięków. Wstyd, problemy z komunikacją. Poza tym eksperyment udany, nikt nie zabił, nikt nie nakrzyczał, nikt nie splunął.
Czas na zwrot w treninug głosu, jakieś 3 miesiące później bez stresu rozmawiam przez telefon. Odbierając telefony skierowane dla PANA po drugiej stronie z miejsca uznają, że rozmawiają z żoną/siostrą. Success. Pominę fakt krótkiego treningu u słynnego tenora i jeszcze słynniejszej sopranistki. Pominęłam.
Hormony działają tak, jak powinny. Wolno, ale skutecznie. Wyniki krwi - jak zawsze świetne. Ubrania klasyczne, estetyczne - mam już doświadczenie w czym wygladam dobrze, a w czym nie, dzięki latom "fetyszu". Z mejkapem gorzej, ale nie tragicznie. Wciąż jednak jestem bez pracy. Szukam w wymarzonej branży dalej jako PAN - nie znajduję. Szukam w wymarzonej branży już jako PANI (chociaż dowód dalej stary) - nie znajduję. W końcu doskwiera brak mamony, szukam gdzie się da czegoś godziwego. No i trafiło - czeka mnie rozmowa telefoniczna.
Stanowisko może nie takie za 5k/miech, ale porządne, godne magistry. Pierwsza rozmowa telefoniczna - jestem zesrana totalnie, ale jakoś idzie. Potem rozmowa w 4 oczy, myślę czy mówić żem trans, czy nie (w końcu dalej stare dane). Przed spotkaniem e-mail z prośbą o dane osobowe - tyle z mojego wyboru. Wysyłam i informuję od razu dlaczego nie pokrywają się z używanymi. Odpowiedź: whatever, no problem. Zdziwienie z mojej strony. Cool!
Rozmowa kwalifikacyjna - bez problemu. Praca rozpoczęta - bez problemu. Wygląda na to, że poza ludźmi, którzy widzieli moją umowę o pracę, nikt do dzisiaj nie wie, że jestem trans. Nie ukrywam się, ale jak narazie nie mam zamiaru wyskakiwać z tym jak filip z konopii. Samo wyjdzie, to wyjdzie, narazie status quo.
Czas na zmianę danych. Okazuje się, że potrzeba roku na hormonach - powaliło ziomków, ale co ja mogę. Rok mija niedługo, tak że wio z badaniami. Po co ich aż tyle?! Nie mam pojęcia.
• Kariotyp - chore pieniądze, żeby zobaczyć że mam XY (szok i niedowierzanie). Worth as f*ck, polecam każdemu.
• EEG - wracanie do domu z odciśniętym czepkiem na czole i szczęce, z włosami całymi w jakiejś paście, polecam każdemu.
• Rezonans - za pierwszym razem ok, gruszka-wołaj-na-pomoc w ręku, brak klaustrofobii, luzik. Szkoda że jak mnie wsunęli ponownie to zapomnieli wręczyć gruszkę(!), ale przeżyłam, więc chyba spoko. Lol, mam lekko krzywą czaszkę z tyłu. Pewnie dlatego lesba, even my head is not straight enough.
• Psycholog - ponoć powinno się sprawę załatwiać z milionem testów, 6+ spotkaniami i w ogóle kupą pieniędzy. Mi powiedzieli, że jak jestem uparta (byłam) to mogę przyjść i dostać prostszą wersję, ale do sądu ona nie wystarczy. Po 1 spotkaniu taką dostałam. Sądowi ponoć wystarczy. Tyle w temacie.
• Psychiatra - posrana byłam, że będzie chciał mnie znowu do psychologa wysyłać czy coś. Dostałam świstek od ręki i życzył powodzenia
• Dno oka - badanie zajęło mi 10 minut, lekarka zwyzywała sąd że w ogóle tego potrzebują, życzyła powodzenia
• Seksuolog - lekarka od początku dobrze nastawiona, nigdy nie robiła problemów, po przeczytaniu mojej autobiografii (liczącej chyba ze 3 strony A4, a potem się dowiedziałam że często jej podsyłają w 5 linijkach) brak wątpliwości.
Teraz czekam na brakujące dokumenty i otwieram sprawę. Oby rozegrała się szybko.
Poza tym rodzina - nie wszyscy zachwyceni, ale najbliższa już się pogodziła i nie ma lipy.
Inne sprawy - świetne historie. Neurolożka wszystko od ręki. Podolożka z TAKIM sercem. Kosmetyczki z TAKIM profesjonalizmem (przed i po tranzycją!) tak mniej (brwi) jak i bardziej hardcorowe wersje (laser). Medycyna pracy - pełna profeska, jeszcze zadzwoniły do innych pokoi, żeby mnie jako PANI wołali. Sklepikarki, recepcjonistki - złote kobiety. Ludzie na ulicy - zero problemu (od prawie roku). W pracy - zero problemu, uśmiechnięci, drzwi mi otwierają, radą służą. Wyglądowo? Sama się za modelkę nie uważam (eufemistycznie mówiąc), ale mam to szczęście wyglądać lepiej od Quasimodo. Sprawy miłosne? Wspomniany szczęśliwy związek z kobietą. Poza tym lekki podmuch smalcu od niektórych gości w pracy, pojedyczny przypadek półmózga który postanowił zagaić w busie - poza tym spokój.
Ja wiem, że wiele zawdzięczam rejonowi Polski. Bardzo współczuję wszystkim tym, którzy pochodzą ze wschodu - niech bogowie mają Was w opiece! (A jako, że wrzody i żądza krwi jest Wam już z góry przypisana, to polecam jednak wybrać dwóch pozostałych i skupić się na modlitwie o dobrą zmianę i trochę przyjemności na tym łez padole).
Co z operacją, pytacie? Ano nic. Dajcie znać, jak bioinżynieria pozwoli mi na otrzymanie przeszczepu działającej muszelki, czy innej brzoskwinki, bo nie uśmiecha mi się upokorzenie, cierpienie, zawód i ewentualna śmierć w gratisie. Jestem cierpliwa, poczekam. Jak trzeba będzie to i całą wieczność.
Tranzycja w Polsce to nie jest prosta sprawa. W tym kraju często prędzej dostaniesz raka jąder, niż hormony. Ale chciałabym, żebyście wiedzieli, że nie zawsze tak to wygląda. Że można mieć odrobinę szczęścia i - oczywiście nie bez kłód pod nogi ze strony państwa i swojej własnej głowy - przejść sprawę w miarę bezboleśnie. Bo zwykle się słyszy, że "2 lata czekam i nic", czy "gatekeepers", a ja tutaj sobie siedzę i piszę do was po roku czasu. I w tym okresie załatwiłam hormony, wszystkie potrzebne badania, coming out, znalazłam świetną pracę i dalej się rozwijam. A 3/4 z tego to szczęście, nie umiejętności i życzę Wam, żeby i do Was świat się w tych sprawach uśmiechnął.
K THX BYE
submitted by ThisOneTimeOnlyOK to Polska [link] [comments]


2018.10.30 20:41 pothkan Pierwsze kroki z genealogią

Bezpośrednio zainspirowane tym tematem, który zresztą polecam przeczytać, bo porusza kilka powiązanych kwestii. Do tego czas jest idealny, bo nadchodzące święto idealnie sprzyja zainteresowaniu się tematem.
A szerzej, chciałbym to wam zarazem zaproponować jako pomysł nieregularnego cyklu, wymiennego z AMA, roboczo nazwanego Poradnikiem. Zasady z grubsza tak jak przy AMA (czyli ważne, umawiamy się wcześniej na konkretny termin), tyle że dyskusja ograniczona do konkretnego zagadnienia (hobby, specyficzne umiejętności, talent, wiedza, bardziej ogólnie - pasja), oraz otwarta wprowadzającym wstępniakiem (coś jak mój poniżej). Ogólnie, o ile AMA dotyczy bardziej kogoś, to Poradnik - czegoś.
Tytułem wstępu - od paru lat w wolnych chwilach zdarza mi się zajmować genealogią, przy czym robię to (pomijając dokumenty rodzinne) prawie wyłącznie online (+ korzystałem z 2-3 książek lokalnych genealogów), choć mam też pewną wiedzę o badaniach archiwalnych z drugiej ręki, no i pozagenealogiczne doświadczenie jako historyk.
Jak dotąd, udało mi się zidentyfikować ok. 280 przodków, w tym 100% do piątego pokolenia (praprapradziadkowie) wstecz. Najdalsza dokładna data, jaką udało mi się ustalić to ślub z 1726, najstarszy fizyczny dokument 1774 (skan oczywiście), a najdalszy znany przodek (12. pokolenie) żył w latach mniej więcej 1630-1700 (dokładnych dat nie znam). Generalnie udało mi się ustalić wszystko mniej więcej 200 lat wstecz, potem zaczynają się "schody" - choć bardzo często wiem, że starsze księgi fizycznie istnieją, a badania terenowe odkładam trochę z braku czasu, a trochę z nadziei że kiedyś ktoś je zindeksuje. Jeśli chodzi o pochodzenie "stanowe" - bezwzględnie dominują chłopi, jest też trochę mieszczan (z małych miasteczek), jedna-dwie rodziny drobnoszlacheckie, oraz gałąź (z grubsza 1/16) "olędrów", czyli osadników niemieckich (poza tym wyłącznie Polacy). Geograficznie: 2/4 Wielkopolska, 1/4 Górny Śląsk, 1/4 Mazowsze.
Poniżej garść przydatnych (mam nadzieję) porad i linków. Szerzej - w dyskusji, jak coś konkretnie was zainteresuje, to pytajcie. O to chodzi w tym temacie.
Czym jest genealogia, nie będę się rozpisywać - odsyłam do odpowiedniego hasła.
Zanim zabierzecie się za genealogię, poszukajcie odpowiedniego oprogramowania. Plik tekstowy może być wystarczający na początku, ale z czasem przestanie. Na rynku jest szereg zarówno programów standalone, jak i serwisów online (o tych za chwilę), z płatnych chwalone jest m.in. polskie Drzewo Genealogiczne. Sam używam (i polecam) bezpłatny Ahnenblatt, który działa bez instalacji (można odpalać z pena), ma wszystkie podstawowe funkcje, całkiem rozbudowane opcje, aczkolwiek słabo wypada w generowaniu "wizualnych" drzewek.
Przeważnie każdy program ma swój natywny format pliku (tzn. bazy), ale zarazem istnieje uniwersalny format .gedcom, co ciekawe opracowany przez Mormonów. Przyda się on wam np. przy eksporcie / imporcie baz do serwisów online, takich jak (dość popularne w Polsce) My Heritage czy Ancestry. O ile odradzam prowadzenie w jakimkolwiek z nich swojego podstawowego drzewa, to warto wrzucić tam (i co jakiś czas, np. 1-2 razy w roku aktualizować) swoiste "demo" (ograniczone darmowymi limitami, np. na MH to jest 250 wpisów), bo można dzięki temu uzyskać pomoc lub dane od innych, spokrewnionych badaczy - a także im pomóc. Owe serwisy umożliwiają także (choć jest to ograniczone w wersjach bezpłatnych) pewne przeszukiwanie baz, choć to raczej jest przydatne w kontekście USA itd. - dla Polski mniej.
Od czego zaczynamy? Proste, od wpisania siebie. Nazwisko, imię (imiona), data urodzenia, miejsce urodzenia, data i miejsce ślubu (jeśli już nas dotyczy). Potem to samo dla rodziców, dziadków, rodzeństwa. Pierwsze informacje będziemy znać "z głowy", ale po chwili trzeba sięgnąć po dokumenty. A zatem, przeszukujemy (za zgodą oczywiście) rodzinne archiwa - najbardziej przydatne będą akty dotyczące trzech kluczowych dla genealogii wydarzeń: urodzin/chrztu, małżeństwa oraz zgonu - w każdym powinny być zawarte także dane rodziców danej osoby (osób). Ale przydatne mogą być także inne dokumenty. Przy okazji warto popracować ze skanerem.
Kolejny krok to przejrzenie (najlepiej ze starszymi krewnymi) rodzinnych albumów. Znowu przyda się skaner. Zdjęcia same w sobie do genealogii raczej niewiele wniosą (raczej, bo np. można trafić na podpisane/datowane zdjęcie ze ślubu czy pogrzebu), ale ją ubogacą wizualnie.
Za powyższe warto zabrać się jak najszybciej - akta nie uciekną, ale ludzie nie żyją wiecznie!
Przy okazji rodzinnej wizyty na cmentarzu warto spisać daty z grobów, przypomnieć (spytać) kto był kim, itd.
Jeśli rodzinne zasoby będą odpowiednio obfite, istnieje duża szansa, że uda wam się dotrzeć do okresu, który można już uchwycić w archiwaliach online (czyli z grubsza 100 lat temu). Jeśli nie, konieczna może być wizyta w USC, gdzie przechowuje się młodsze akta.
Gdzieś w tym momencie zacznie się prawdziwa "zabawa". Co nas może spotkać?
  • Jak już wcześniej wspominałem, polskie chłopskie nazwiska ustaliły się zaledwie ok. 160-180 lat temu. Mieszczańskie trochę wcześniej, a szlacheckie ok. 500 lat temu. Wcześniej nie tylko nazwiska zmieniano, ale także używano kilku naraz, wymiennie. Do tego trzeba pamiętać, że kobiety przyjmowały nazwiska po mężu (a że ponowne małżeństwa wdów i wdowców to norma, trzeba uważnie na dopiski o tymże zwracać uwagę).
  • Czasem nie znamy nazwiska, ale że jakoś daną osobę wpisać, osobiście polecam wstawiać "N.". To pomoże utrzymać porządek w bazie.
  • W drugiej połowie XIX wieku pojawiają się urzędy stanu cywilnego, w naszym przypadku - zaborcze. O ile w Galicji językiem urzędowym jest wtedy w Polski, to w rosyjskim spotkamy się z aktami parafialnymi (bo oddzielnych nie tworzono) po rosyjsku, zaś w pruskim po niemiecku, i to na dodatek zapisanych tzw. kurrentem. Oczywiście warto nabrać wprawy i samemu się w tym rozeznać, ale czasem przydatna jest cudza pomoc. Gdzie po nią się kierować, wspomnę poniżej wśród linków.
  • Od połowy-końca XIX wieku wstecz operować jednak będziemy na księgach metrykalnych (klik) (odpowiednio małżeństw, chrztów i zgonów), w większości spisywanych bądź po polsku, bądź po łacinie, albo w kombinacji obu (na Górnym Śląsku łacina -> niemiecki). Tutaj przeszkodą może być zarówno stan tychże, jak i (dużo częściej)... charakter pisma danego proboszcza. Możemy trafić na (norma od połowy XIX wieku) ładną, gdzie wszystko ładnie widać, albo nierozczytywalne bazgroły. Przy czym w sumie im dalej, tym trudniej.
  • Oryginały ksiąg metrykalnych są zazwyczaj przechowywane w parafii, zaś duplikaty trafiają do archiwum danej diecezji albo archidiecezji. Sporadycznie trafiają się też w archiwach państwowych.
  • Ważne - każdy znaleziony dokument (czy fizycznie, czy online) zapisujemy (lub skanujemy), i jeśli to możliwe, przypisujemy do danej osoby w bazie. Jeśli nie jest to oczywiste, należy też zaznaczyć gdzie go znaleźliśmy (tzn. nie adres online, tylko zespół archiwalny - np. Akta metrykalne parafii takiej a takiej, archiwum takie a takie).
  • Ok. 150-200 lat temu dojdziecie do sytuacji, gdy życie obracało się na niewielkim obszarze, a partnerów poszukiwano w zakresie 20, może 30 km (dlatego w wielu wyszukiwarkach zobaczycie opcję zawężenia do danego obszaru). Dlatego przydatne będzie zorientowanie się i opracowanie ważniejszych parafii. Ahnenblatt ma opcję "szczegóły miejscowości" (mały znaczek przy odnośnej rubryce), gdzie można np. załączyć mapki, wpisać współrzędne geograficzne, zaznaczyć źródła. Poniżej przykładowy wpis z mojej bazy (bez akapitów, bo się kiepszczą).
Wolsztyn niem. Wollstein Par. katolicka M (=małżeństwa) 1700-1919 AAd (=archiwum archidiecezjalne) Poznań M 1810-1854 AP (=archiwum państwowe) Poznań (bez 1812-17, 1830-31, 1833, 1848, 1850) szukajwarchiwach.pl/53/3555/0 (adres online ze skanami) U (=urodzenia) 1708-1920 AAd Poznań U 1812-1854 APP (bez 1814-17, 1830-31, 1833, 1848, 1850) szukajwarchiwach.pl/53/3555/0 Z (=zgony) 1708-1911 AAd Poznań Z 1809-1810 APP (bez 1811-17, 1830-31, 1833, 1848, 1850) szukajwarchiwach.pl/53/3555/0 Par. ewangelicka M 1643-1790 AP Poznań (bez 1715-18) M 1791-1877 AAd Poznań M 1809-1813 AP Leszno M 1818-1854 AP Poznań M 1824-1862 AP Leszno (bez 1826, 1848) M 1866-1868 AP Poznań U 1643-1790 AP Poznań (bez 1717-18) U 1791-1875 AAd Poznań U 1795-1842 AP Leszno U 1818-1854 AP Poznań U 1865-1874 AP Poznań Z 1643-1790 AP Poznań (bez 1714-18) Z 1791-1882 AAd Poznań Z 1808-1813 AP Leszno Z 1818-1854 AP Poznań Z 1826-1895 AP Leszno
  • Nie zawsze od razu będą znane daty życia wspominanych osób, więc od początku warto próbować je choćby oszacować. Np. jeśli dana osoba jest wspominana z określonym wiekiem, odliczamy i dajemy rok urodzenia "ok.", przy czym im dokument bliższy temuż, tym liczba bardziej wiarygodna (= wiek w aktach zgonu najmniej pewny). Jeśli wspomniani są np. rodzice panny młodej, możemy dopisać rok ślubu "przed [data urodzin córki]", a ich daty urodzin minus 18 i 15 odpowiednio. Jeśli ktoś jest wspomniany jako żyjący albo zmarły, odpowiednio to zaznaczamy (zm. po/przed). Jeśli wdowiec żeni się drugi raz, to znaczy że 1. żona zmarła przed daną datą. Ogólnie - rzeczy logiczne, ale zwracam uwagę aby pamiętać o tym na bieżąco, i wpisywać "z automatu". W (stosowanym powszechnie) formacie .gedcom (i pochodnych, wt. Ahnenblatt) stosuje się formuły "ok.", "po", "przed" i "między".
  • Domyślnie ślub brano w parafii panny młodej, niezależnie od tego gdzie młodzi zamieszkali.
  • Jeśli gdziekolwiek (szczególnie w bazach online) "wyskoczy" wam pasująca na pierwszy rzut oka osoba, przed wpisaniem sprawdźcie czy to na pewno wasz krewny, a nie przypadkowa zbieżność nazwisk. A jeśli nie jesteście pewni, gdzieś to sobie zaznaczcie. Mnie np. kiedyś w My Heritage wypadła kombinacja małżeństwo + kilkoro dzieci, z takimi samymi nazwiskami (fakt, dość popularnymi) i imionami co w drzewie (gdzie w danym momencie nie znałem nic dalej) i z grubsza pasującymi datami. Po chwili jednak zauważyłem, że tamci byli gdzieś z Kresów, podczas gdy "moi" spod Płocka. A więc - pudło.
Uff, to chyba na tyle, jak o czymś zapomniałem to pewnie wyjdzie w pytaniach. Przejdźmy zatem do ostatniej sekcji - linki.
Geneteka - największa ogólnopolska baza zindeksowanych akt metrykalnych. Najbogatsza dla Mazowsza, łódzkiego i świętokrzyskiego.
Geneszukacz - wspomagająca wyszukiwarka do ww., obok także kilka pomniejszych przydatnych baz.
Metryki.genealodzy.pl - w uproszczeniu, zdjęcia/skany niezindeksowanych jeszcze akt do Geneteki. Dla niecierpliwych.
Szukaj w Archiwach - wyszukiwarka archiwów państwowych, sporo akt jest dostępna online (skany) i dochodzą nowe. Pomocna także w identyfikacji "gdzie co leży". Oczywiście wybieramy zakładkę "Akta metrykalne i stanu cywilnego".
Poznań Project - bardzo obszerna (ponad 80% pokrycia) baza małżeństw z szeroko rozumianej Wielkopolski w XIX wieku.
BASiA - wyszukiwarka wielkopolskich akt metrykalnych, oparta na dostępnych online zasobach gł. z archiwów państwowych.
LubGens - wyszukiwarka akt dla Lubelszczyzny.
Genealogia w Archiwach - Kujawsko-pomorskie.
Silius Radicum - górnośląskie stowarzyszenie genealogiczne, poza forum można też znaleźć trochę akt metrykalnych, zindeksowanych lub tylko skanów. Ogólnie genealogia online w tym regionie jest dość zacofana, ze względu na nieciekawe podejście lokalnego archiwum archidiecezjalnego. Ale jak widać, ludziska robią co mogą.
Straty.pl - wyszukiwarka osób represjonowanych 1939-1956 (tzn. nie tylko polegli/zamordowani, także np. robotnicy przymusowi).
Wielka genealogia Minakowskiego - kompilacyjna baza genealogiczna, skupiająca się na szeroko rozumianych elitach. Ja z niej korzystam raczej jako historyk, bo krewnego znalazłem tylko jednego. Ale innym może się przydać bardziej. Płatna, ale niedrogo (50 zł za rok).
Wyszukiwarka Family Search, czyli mormońskiego serwisu genealogicznego. Przydatna, bo jeszcze od lat 80. prowadzili oni m.in. w Polsce mikrofilmowanie akt metrykalnych, i są one dostępne w ich "Family History Center" (w Polsce w Wwie, Wrocławiu, Łodzi i Bydgoszczy), a całkiem sporo online - to te z taką ikonką (trzeba się zalogować, ale wystarczy konto darmowe), choć niestety ostatnio sporo z nich "spadło" (zdaje się jakiś spór prawny). Wyszukujemy miejscowość, klikamy => Church records.
Niemieckie bazy Family Search, urodzenia, zgony i małżeństwa - przydatne, jeśli mamy przodków tej narodowości, choć pokrycie dość nierówne.
Forum Genealodzy.pl - najważniejsze polskie, można się sporo dowiedzieć, jest też pomocna zakładka "Tłumaczenia", gdzie można prosić o pomoc w rozczytaniu/tłumaczeniu pojedynczych akt.
Translator - redditowa społeczność tłumaczy, pomocna jeśli macie coś po niemiecku lub rosyjsku.
Słownik geograficzny Królestwa Polskiego... - epokowe dzieło z końca XIX wieku, punkt wyjścia przy identyfikacji miejsc, pomaga wykryć do jakiej parafii należała dana miejscowość.
Skorowidz miejscowości RP z ok. 1933 roku - wspomagające wobec ww.
Mapster - serwis z archiwalnymi mapami, pomaga np. zidentyfikować miejscowości już nie istniejące. W wyszukiwarce polecam wpisać raczej istniejącą w pobliżu, a potem już "naocznie" przeszukiwać daną mapę.
Słownik zawodów oraz słownik chorób i przyczyn zgonu (łacińsko-polskie).
Kartoteka mieszkańców Poznania 1870-1931.
submitted by pothkan to Polska [link] [comments]


2018.10.29 18:30 SoluriX Wiadomości w pigułce 26-28.10

Wiadomości w pigułce 26-28.10

InfoPiguła

POLSKA

  • 1. Łódź, odnaleziono zwłoki zaginionej Pauliny Dynkowskiej (28 l.) w opakowaniu przy ul. Kosynierów Gdańskich. Zatrzymano 3 imigrantów, w tym 2 Gruzinów, którzy mieli posiadać info o zbrodni, ale taili je przed policją. Przeszukano hostel dla robotników z Gruzji. Mordercy jeszcze nie ujęto, nie podano jego narodowości
  • 2. Zwyżki cen energii będą kosztować polską gosp. 19 mld zł w 2019 i 22 mld zł w 2020 - wyliczyli eksperci Instytutu Jagiellońskiego. Suma porównywalna z budżetem na naukę i szkoły wyższe. To skutek wzrostu cen europejskich uprawnień do emisji CO2. Przykład: Warszawskie Tramwaje podały, że nowa cena po której muszą kupować energię jest 53% wyższa, niż dotąd i musi to zaskutkować podwyżkami cen biletów. Energia kosztuje Polskę blisko 2x tyle, co Niemcy, bo jest oparta na wysokoemisyjnym węglu - PAP
  • 3. Polska w 2017 przyjęła ponad 683 tys. imigrantów z czego 585 tys. z Ukrainy, blisko 43 tys. z Białorusi i blisko 8 tys. z Mołdawii - Eurostat
  • 4. Sejm przegłosował 2 nowe podatki: daninę solidarnościową (237 do 60, 103 wstrzymało się) i tzw. exit tax (371 do 44, wstrzymało się 11) dla przenoszących firmę zagranicę. Oprócz tego wprowadzono limit leasingu do wartości auta 150 tys. zł, część wartości przekraczającą tą kwotę nie można wrzucać w koszty. Wzrasta na korzyść przedsiębiorcy limit kosztów amortyzacji auta z 20 tys. euro do 150 tys. zł. Od 2019 w koszty można wrzucić tylko 75% wydatków na paliwo, parking, serwis, czy wymianę opon - jeśli auto używane jest do firmy i prywatnie
  • 5. Fiskus wydał interpretację: wynajmujący mieszkanie jako przychód musi zaliczyć nie tylko czynsz, ale też opłaty eksploatacyjne w tym za prąd i wodę, chyba że umowa posiada zapis iż wynajmujący jest tylko pośrednikiem w przekazywaniu ww. opłat - Rzeczpospolita
  • 6. Min. Edukacji A. Zalewska: jeśli jakiś dyrektor szkoły zorganizował Tęczowy Piątek z pominięciem procedur, złamał prawo. "W kalendarzu szkolnym nie ma takiego dnia" - musi być pisemna zgoda rodziców, a materiały reklamowe zatwierdzone przez kuratoria - czy zgodne z podstawami programowymi. Wg Zalewskiej kuratorzy już sprawdzają szkoły i żadna nie rozpoczęła procedury. Wzywa rodziców do zawiadamiania kuratorów o szkołach, gdzie odbyła się akcja. Episkopat Polski też krytykuje: programy wychowawcze powinny być ustalane z rodzicami i nauczycielami, rodzice mają prawo decydować o treściach wychowawczych, a edukatorzy LGBT nie mają wykształcenia pedagogicznego, więc szkoły łamią prawo - Wyborcza / PAP
  • 7. Warszawa i jej obszar metropolitarny w 2015 (ost. badany okres) była na poziomie 195% zamożności reszty kraju, to 3. wynik UE pod względem dysproporcji. 1. Bratysława 240 %, 2. Bukareszt 235%. Tylko metropolia Berlina jest biedniejsza od średniej kraju - 80%. Wrocław i Poznań = 160% zamożności Polski. Metropolia Wa-wy wygenerowała 18% PKB Polski, Poznania i Krakowa po 5%, Gdańska 4%, Wrocławia i Łodzi po 3%. Dublin i Budapeszt generują 50% PKB swych krajów - Forsal
  • 8. MON: przywrócenie produkcji prochu w Pinkach zajmie do 5 lat i kosztować będzie 400 mln zł
  • 9. Były zawodnik MMA KSW, kuzyn Mameda Chalidowa Asłambek S. zatrzymany przez antyterrorystów wśród kilku obywateli Rosji jako podejrzany o napad na australijskiego biznesmena. Ten miał być brutalnie pobity przez m.in. Asłambeka i okradziony z portfela, drogiego telefonu. S. był już karany m.in. za haracze, za co miał już "zawiasy" - Onet
  • 10. Imielin, Śląskie - doszło do kolizji 2 aut kolumny rządowej z Beatą Szydło na pokładzie z autem cywilnym, które zatrzymało się by przepuścić dziecko na pasach. 2 limuzyny uszkodzone, policja bada kto zawinił - Rmf 24
  • 11. Polska importowała w tym roku do sierpnia 12,6 mln ton węgla - wzrost o 70% - w tym 9 mln z Rosji - wzrost 94%. Importujemy też z USA, Kolumbii i Australii
  • 12. Bartosz Kurek najlepszym siatkarzem Europy decyzją Europ. Konfederacji Piłki Siatkowej - Przegląd Sportowy
  • 13. Ahmed S. Norweg pakistańskiego pochodzenia studiujący w Lublinie medycynę skazany na rok więzienia za usiłowanie - w różnych sklepach - zakupu nielegalnie broni palnej na ostrą amunicję, oferując duże pieniądze. Wg Ahmeda potrzebna mu była do samobójstwa, przez problemy na uczelni. Wyjdzie on za 3 m-ce z więzienia, bo 9 m-cy już spędził w areszcie. Sąd wziął pod uwagę niekaralność i dobrą współpracę ze służbami - Lublin112
  • 14. Anonimowe badanie Rzeczpospolitej: 95% z 1122 sędziów, którzy wzięli udział w badaniu zgadza się z twierdzeniem, że rządowe reformy mogą wpłynąć na niezawisłość orzeczniczą i jest zagrożenie upolitycznienia. 90% nie ma co do tego wątpliwości. W PL jest ok. 10 tys. sędziów
  • 15. Związkowcy PLL LOT zawiesili nielegalny strajk do poniedziałku 29.10 do godz. 14:00. Mimo to, przewoźnik odwołuje kolejne rejsy z powodu braku załóg; na zwolnieniach lekarskich przebywa >300 os. Ponadto wszystkie zwolnione z LOT-u osoby otrzymały już oferty pracy od konkurencji - PAP / Money
  • 16. Min. rodziny, pracy i polityki społ. E. Rafalska dementuje doniesienia Radia ZET, jakoby rząd planował rozszerzyć ograniczenie handlu na soboty. "To kłamstwo, rozsiewane by wywołać niepokój" - dodaje - PAP
  • 17. Paweł Kukiz przeprosił za wulgarno-sprośne wpisy na Twitterze, w których zaatakował M. Jakubiaka, J. Korwina-Mikke, Kornela Morawieckiego, J. Kuleszę, czy Adruszkiewicza. Początkowo twierdził, że ktoś przejął jego konto, jednak przyznał później, że to "piątkowy wieczór przejął nad nim kontrolę" w wyniku "odreagowania po ciężkiej kampanii" i "knucia wewnątrz klubu". Wpis był reakcją na odejście Jakuba Kuleszy do partii Wolność oraz życzliwych dla Kuleszy słów od posła M. Jakubiaka - PAP
  • 18. MEN oraz Min. Cyfryzacji poinformowały o wejściu w życie mLegitymacji - pobieranej na telefon aplikacji potwierdzającej posiadanie legitymacji szkolnej. Uprawni to m.in. do ulgowych przejazdów komunikacją publ. - Forsal
  • 19. Prezydent Duda wręczył Akt Nadania Obywatelstwa RP 90-l. F. Jakowczykowi, żołnierzowi AK, który spędził 20 lat w łagrze, po czym po odmowie mu powrotu od Polski zamieszkał na Ukrainie. Do kraju wrócił w lutym 2018 - PAP
  • 20. PO wycofała z TK wniosek o zbadanie zgodności z Konstytucją ustawy o prokuraturze, która połączyła stanowisko min. sprawiedliwości z prokuratorem gen. Powód: "manipulacja składem sędziowskim" TK, który miał ten wniosek rozpatrzyć - TVP Info
  • 21. Sławomir Nowak, b. min. transportu w rządzie PO zamieścił w nocy wpis skierowany do "prawdziwych patriotów" nazywając ich "tępymi cepami" przypomniał, by przestawili zegarki w nocy z 3 na 2 - Twitter
  • 22. Ewakuowano Galerię Rzeszów po zawaleniu się ok 2000 m2 podwieszanego sufitu w wyniku czego 7 os. zostało rannych. W m-ce wcześniej w tej samej galerii w kinie Helios też zawalił się fragment sufitu - Rmf 24
  • 23. 50% Polaków nie chce, by Donald Tusk startował na prezydenta 2020. 34% tego chce. Z badania 1086 Polaków przez instytut Pollster na zlecenie Super Expressu
  • 24. Badania archeologiczne nad osadą w Mierzynie pod Szczecinem datują ją na 5000 lat p.n.e. a więc blisko 2000 lat starszą niż państwo starożytnego Egiptu. Osada była bardzo duża - ok. 7 ha - zamieszkiwało ją więcej ludzi niż dzisiaj (dziś ok 7 tys.) - Radio Szczecin
  • 25. Czech Media Invest, właściciel Grupy Eurozet (Radio Zet, Antyradio) - wystawia ją na sprzedaż. Chce 73 mln euro - Wirtualne Media
  • 26. Kleosin, podlaskie. Przedszkolanka po 2h w pracy poczuła się źle i poszła do lekarza. Kilka h później zmarła - to meningokoki. Personel i dzieci, w tym nieszczepione, poddano antybiotykoterapii - Radio Zet
  • 27. Samolot Wizzair lot z Warszawy do Kutaisi (Gruzja) ze 173 os. na pokładzie zmuszony do lądowania w Bukareszcie po telefonie od kobiety, że na pokładzie znajduje się bomba. Pasażerów ewakuowano, a samolot sprawdzały służby - Eska Info

ŚWIAT

  • 1. USA: 46-l. Robert Bowers uzbrojony w 4 szt. broni otworzył ogień do przebywających w synagodze Drzewo Życia w Pittsburghu zabijając 11 os. i raniąc 6. Sprawca został ranny i przebywa w szpitalu; grozi mu nawet kara śmierci. Żydzi nazywają atak na nich najtragiczniejszym w historii USA. Sprawca przed atakiem oskarżał Żydów o ściąganie imigrantów, którzy dokonują inwazji na kraj, a on nie może siedzieć i przyglądać się temu, jak "jego ludzie" są zażynani - PAP / Al Jazeera
  • 2. USA: armia pomyślnie przetestowała nowy system obrony przeciwrakietowej Aegis: pociski przechwytujące SM-3 IIA zdolne zwalczać wszelkie rodzaje pocisków balistycznych. W przyszłości system może trafić m.in. do Polski - PAP
  • 3. Strefa Gazy, ok. 10 rakiet od strony palestyńskiej wleciało do Izraela, kilka z nich strącił system obrony przeciwrakietowej, brak info o stratach. Izrael odpowiedział silnym bombardowaniem, które "zmieniło noc w dzień" i objęło m.in. szpital
  • 4. Niemcy, Freiburg. 18-latka była przez 4h gwałcona przez 8 do 15 Syryjczyków w parku po tym, jak bawiła się w klubie nocnym, gdzie dosypano jej coś do drinka. Policja ujęła część sprawców - Mirror
  • 5. Samsung pozywa swoją rosyjską ambasadorkę Ksenię Sobchak na 1,6 mln $ za publiczne używanie iphone'a, co zakazuje umowa wiążąca strony
  • 6. Jemen, na skutek działań wojennych i saudyjskiej interwencji zginęło już ok. 60 tys. osób, liczba nie obejmuje zmarłych w wyniku tragicznej klęski głodu - Independent
  • 7. USA, służby aresztowały 56-l. Cesara Sayoc'a, republikanina i miłośnika Trumpa podejrzanego o rozsyłanie kilkunastu paczek z bombami do prominentnych polityków demokratów, w tym Hillary Clinton, Joe Bidena, ale też do telewizji CNN. Żadna z bomb nie wybuchła. Trump nazwał to nikczemnymi aktami terroryst., zobowiązał się zrobić co w jego mocy by natychmiast zatrzymać przemoc polit. - Rzeczpospolita
  • 8. Naukowcy z Uniwersytetu Tsinghua w Pekinie opracowali najmocniejszy materiał świata z nanorurek węglowych - 1 cm 3 wytrzyma 800 ton. Materiał jest tak mocny, że dałoby się z niego wybudować windę w kosmos, którą Chińczycy planują wybudować wraz z Rosjanami - Komputer Świat
  • 9. Włoski urząd ochrony konkurencji ukarał Apple 10 mln euro, a Samsung 5 mln euro za uporczywe nakłanianie do aktualizacji oprogramowania spowalniającego wydajność telefonów, zmuszając użytkowników do zakupu nowych
  • 10. Meksyk, policja aresztowała małżeństwo kanibali z Ecatepec (Juan i Patricia Carlos), które zwabiało kobiety ofertami pracy jako pomoc domowa, po czym mordowało je i robiło z nich zapiekanki. Tak zginąć miało co najmniej 20 kobiet. Wpadli, gdy wieźli wózkiem dziecięcym ludzkie szczątki - Super Express
  • 11. Włochy, Rzym. Zmarła 16-l. Desiree Mariottini, ofiara gwałtu z rąk 4 afrykańskich migrantów, którzy naszprycowaną narkotykami, po 12 h tortur i gwałtu, ofiarę pozostawili w ruderze, gdzie zmarła z przedawkowania. 2 Senegalczycy, Nigeryjczyk i Gambijczyk już zatrzymani. Sprawa wstrząsnęła opinią publ., a wicepremier M. Salvini zapowiedział, że zrówna siedliska handlarzy z ziemią - PAP
  • 12. Trybunał Praw Człowieka odrzucił sprawę Austriaczki ukaranej 480 euro grzywny za stwierdzenie, że Mahomet biorąc za żonę 6-letnią dziewczynkę Aiszę i współżyjąc z nią, gdy miała 9 lat "popełnił akt zbliżony do pedofilii". Wg Trybunały kara była słuszna, bo nazwanie proroka pedofilem wykracza poza wolność słowa - NY Times
  • 13. Pod wpływem przewlekłego stresu mózgi się minimalnie kurczą, niszczona jest pamięć i uszkadzane możliwości poznawcze - to wynik wieloletnich badań na próbie > 2 tyś. os - Focus / Neurobiology
  • 14. Przywódcy Turcji, Rosji, Francji i Niemiec uzgodnili podczas narady w Stambule konieczność trwałego zawieszenia broni w Syrii (ale i konieczność walki z terroryzmem), powołania tam komisji konstytucyjnej oraz umożliwienia syryjskim uchodźcom powrotu do kraju. Wolne wybory miałyby być nadzorowane przez ONZ - PAP
  • 15. Karawana migrantów zmierzająca do USA odrzuciła plan prez. Meksyku "Jesteś w swym domu" - czyli wydanie im tymczasowych dokumentów, regulujących statusu migracyjny i umożliwiających korzystanie ze schronisk. Wg nich plan nie odpowiada na przyczyny exodusu z Ameryki Centralnej i ograniczałby swobodę ich przemieszczania się - PAP
  • 16. W Brazylii dochodzi do ok. 60 tys. zabójstw rocznie, to ok. 160 dziennie. To więcej niż w USA, Chinach, całej UE i Afryce Płn. razem wziętych
  • 17. Niemcy, kilka tys. os. zablokowało linię kolejową do kopalni w ramach protestu przeciw wycince resztek lasu pierwotnego Hambach (Niemcy) celem rozbudowy odkrywkowej kopalni węgla brunatnego - PAP
  • 18. 21 os. zginęło w powodzi w rejonie M. Martwego w Jordanii. Większość to dzieci z autobusu porwanego przez rzekę. Król Jordanii Abdullah nakazał opuszczenie flag do połowy, a Izrael wysłał do pomocy swoje śmigłowce - TVP Info / IAR
  • 19. Wlk. Brytania: po meczu Leicester City z West Ham Londyn doszło do katastrofy helikoptera właściciela klubu gospodarzy - V. Srivaddhanaprabhy w pobliżu stadionu. Uznawany za 1. z najbogatszych os. w Tajlandii (majątek ok. 4,9 mld $) właściciel "Lisów" zginął na miejscu; trwa wyjaśnianie przyczyn - PAP
  • 20. J. Yasuda, od 2015 więziony przez islamistów z Front al-Nusra, dotarł już do rodzimej Japonii. Więziony 40 m-cy w ciasnej celi, poddawany torturom, a przez 8 m-cy nie pozwalano mu się umyć. Oprawcy w ub. wtorek nieoczekiwanie zawieźli go na granicę z Turcją i przekazali tamtejszym władzom; wg. Japonii nie zapłacono za niego okupu - TVP Info
  • 21. Kilka tyg. po porozumieniu ze Stolicą Apostolską ws. nominacji biskupich, władze Chin nakazały zniszczenie 2 sanktuariów maryjnych w prow. Shanxi i Guizhou. Powodem zbyt wiele dekoracji "ponad wszelkie granice" (m.in. krzyży) oraz budowa bez wymaganych pozwoleń - TVP Info
  • 22. Belgia: bagażowi na lotnisku w Brukseli rozpoczęli niezapowiedziany strajk domagając się poprawy warunków pracy. Efekt: tylko w piątek odwołano 116 lotów i 68 przylotów, a 40 rejsów przekierowano do innych portów - Forsal
  • 23. KE i Tunezja podpisały 4 umowy o wart. 270 mln € - wsparcie m.in. energetyki, reformy podatkowej, czy reform w wymiarze sprawiedliwości. Od 2011 UE przekazała rządowi w Trypolisie ok. 10 mld € - Forsal
  • 24. Czechy, burmistrzem Pragi zostaje Zdenek Hrib z antyestablishmentowej Czeskiej Partii Piratów - Twitter

POLSKA A ŚWIAT

  • 1. Rada Obwodowa Lwowa żąda usunięcia posągów lwów z Cmentarza Orląt Lwowskich uznając je za symbole polskiej okupacji, które zamontowano nielegalnie. Ma to być odpowiedź na "milczenie polskich władz lokalnych" na niszczenie ukraińskich pomników pamięci banderowców. Wg RO Lwowa pomniki będą służyć prowokacjom polskich nacjonalistów, są wbrew woli mieszkańców miasta. Polska odpowiada zdecydowanym sprzeciwem i ostrzega o negatywnych konsekwencjach
  • 2. Prezes Trybunały Sprawiedliwości UE Koen Lenaerts ws. wyroku wobec Polski: kraj, który nie wykonuje orzeczeń TSUE wpisuje się w proces wyjścia z UE. Część europejskich prawników zaskoczona i oburzona: to komentarz polit. do sprawy, która jest w toku "w państwie prawa sędzia nie grozi konsekwencjami procedury, która jest w toku"
  • 3. Macron lobbuje w Bratysławie na Słowacji, przy okazji debat międzynarodowego think tanku Globsec - przeciw Polsce i Węgrom, które wg niego są "symptomami kryzysu demokracji". Zaapelował też do młodych Słowaków, by nie pozostawiać miejsca dla populistów i nacjonalistów" - PAP
  • 4. 2 portale, holenderski infonu.nl i brazylijski globo.com - piszą o polskich obozach. Portal wPolityce udostępnił dane kontaktowe tych mediów i anglojęzyczną treść listów protestacyjnych namawiając internautów do ich wysyłania
  • 5. Holandia, Breda. Mieszkańcy miasta wraz z władzami tłumnie powitali weteranów 1 Dywizji Pancernej gen. S. Maczka, którzy triumfalnie przejechali w kolumnie historycznych pojazdów. Formacja ta wyzwoliła miasto z rąk Niemców. Na polskim cmentarzu wojskowym w Oosterhut złożono kwiaty, odegrano hymny obu państw, przemawiał burmistrz miasta - Dzieje.pl
  • POZYTYWNE INFO
  • Japoński koncern farmaceutyczny Shionogi opracował lek, którego 1 dawka na pocz. infekcji grypą niszczy chorobę całkowicie. To xofluza (zarejestrowana jako baloxavir marboxil), dopuszczona już w Japonii i USA do sprzedaży. W Europie ma szansę wejść na przełomie roku - Spider's Web

Drago&Sou

Jeżeli doceniasz tego typu zebrane informacje i chcesz aby one się dalej ukazywały, prosimy o upvote.
Któryś punkt jest nieprawidłowy? Zawiera fakenews? A może chcesz o nim z kimś porozmawiać? Napisz w komentarzu. Jak zawsze, zachęcamy do dyskusji.
submitted by SoluriX to Polska [link] [comments]


2018.08.30 22:47 N-S-W-2 Policja prosi o pomoc ws. kobiety w srebrnych butach.

Policja prosi o pomoc ws. kobiety w srebrnych butach. submitted by N-S-W-2 to u/N-S-W-2 [link] [comments]


2018.04.07 13:05 Bifobe Wszystkie twarze Róży Luksemburg [tygodnik "Polityka"]

Rafał Woś, 3 kwietnia 2018
Wszystkie twarze Róży Luksemburg
Tajemnica Róży L.
Róża Luksemburg jest prawdopodobnie najbardziej znaną na świecie Polką. W tej kategorii konkurować z nią może tylko Maria Skłodowska-Curie.
W czasie swojego niedługiego życia Róża (1871–1919) rozpalała emocje rozpięte między szacunkiem a irytacją: „kłótliwa baba” i „cholernie bystra małpa” to cytaty z jej współczesnych. Już po śmierci została obwołana w Związku Radzieckim wrogiem klasy robotniczej. Ostatnio znów fascynuje. Raz – jako kobieta, która nigdy o równouprawnienie nie prosiła, tylko je sobie od mężczyzn wzięła. A dwa – jako przenikliwa krytyczka kapitalizmu, której spostrzeżenia świetnie pasują do naszych dylematów po kryzysie 2008 r.
Róża feministyczna
Róża Luksemburg i jej przyjaciółka Clara Zetkin były umówione na kolację z dwoma nestorami niemieckiej socjaldemokracji Augustem Beblem i Karolem Kautskym. Trochę się spóźniły, a witając je, Bebel zażartował, że już obawiali się najgorszego. „Cóż to by była za tragedia Herr Bebel! Musiałby Pan napisać na nagrobku »tu leżą dwaj ostatni mężczyźni niemieckiej socjaldemokracji «” – odparła. Kilka lat wcześniej Kautsky zaproponował jej współpracę przy opracowywaniu komentarzy do prac Karola Marksa. W toku rozmowy wyszło, że chodzi nie tyle o współpracownika, ile raczej o stenotypistkę. „Czyli ja napiszę, a opublikujemy to pod pańskim nazwiskiem?” – dopytywała Luksemburg, wtedy młoda aspirująca publicystka. „Naturalnie” – odpowiedział Kautsky, wówczas naczelny „Die Neue Zeit”, najważniejszego tygodnika niemieckiej socjaldemokracji. „W takim razie niech pan kupi sobie maszynę do pisania i poprosi o pomoc żonę. Może się zgodzi” – usłyszał naczelny od swojej przyszłej czołowej autorki. Bezczelna, dowcipna, ostra. Taka jest Rozalia Luksemburg przedstawiona przez kanadyjską rysowniczkę Kate Evans. Jej komiks „Red Rosa” (Czerwona Róża) był na Wyspach Brytyjskich i w USA jedynym z wydawniczych fenomenów 2016 r. Nie było to może tak mocne uderzenie jak nakręcony trzy dekady wcześniej głośny film fabularny „Róża Luksemburg” Margarethe von Trotty (odtwórczyni roli tytułowej Barbara Sukowa dostała główną nagrodę na festiwalu w Cannes). Komiks Kate Evans pokazał jednak, że urodzona w Zamościu, a wychowana w Warszawie marksistka nie utonęła na dobre w odmętach historii. I może być atrakcyjnym symbolem również dla pokolenia próbującego się odnaleźć w świecie pierwszej ćwiartki XXI w. Komiks Evans na pierwszy plan wysuwa niezależność kobiety,co nieuchronnie prowadzi czytelnika w kierunku feminizmu. Ale uwaga! Sama Luksemburg za feministkę nigdy się nie uważała. Feministką, owszem, czuła się jej serdeczna przyjaciółka Clara Zetkin. Autorka pomysłu, by 8 marca obchodzić Międzynarodowy Dzień Kobiet. Dla Luksemburg było to jednak zawracanie głowy. Rodzaj wypychania socjalistek do kuchni, by tam podyskutowały sobie o swoich „feministycznych” sprawach. Podczas gdy panowie zostaną w salonie, gdzie ze szklaneczką i cygarem w dłoni omówią naprawdę istotne sprawy wagi państwowej. A Luksemburg kompleksów nie miała. Od początku było dla niej absolutnie naturalne, że jej miejsce jest przy głównym stole. Tam, gdzie zapadają najważniejsze decyzje.
Szła więc po swoje, co zazwyczaj kończyło się drakami. Kłóciła się z głównym ideologiem SPD Eduardem Bernsteinem o naturę kapitalizmu, ze swoim naczelnym Karlem Kautskym o postulat republiki, a z Leninem o dyktaturę proletariatu. A przy tym mężczyzny nigdy nie udawała. Przeciwnie. Ubierała się zgodnie z damskimi kanonami swojego czasu, suszyła zioła w zielniku i nie raz dawała wyraz żalowi, że nie urodziła dzieci (nie chciał tego jej długoletni partner Leon Jogiches-Tyszka). Słowem, emancypacja Luksemburg była naturalna jak powietrze, którym oddychała. I to właśnie co rusz doprowadzało kierownictwo SPD do białej gorączki. Był przełom wieków i niemiecka socjaldemokracja rzucała polityczne wyzwanie staremu establishmentowi wilhelmińskich Niemiec. Zdominowanemu przez arystokrację, kapitał i burżuazję. W tym samym czasie Luksemburg rzucała wyzwanie… establishmentowi niemieckiej socjaldemokracji. Partii z wierzchu otwarcie postępowej, ale w temacie równouprawnienia kobiet i mężczyzn zdecydowanie skostniałej. Sarkali na nią koledzy straszliwie. „Jadowita wiedźma (...) mądra jak małpa (...). Wyobraźcie sobie, że miałaby siedzieć w Reichstagu. To by dopiero była komedia” – pisał prominentny austriacki socjaldemokrata Victor Adler do Augusta Bebla w przededniu wybuchu pierwszej wojny światowej.
Smutny paradoks polegał na tym, że choć Róża Luksemburg przez dwie dekady znacząco wpływała na linię niemieckiej socjaldemokracji (największej wówczas partii robotniczej świata), a nawet całej Międzynarodówki Socjalistycznej, to sama nie mogła nawet głosować. Ani w rodzinnej Kongresówce, ani w Niemczech (miała tamtejsze obywatelstwo od 1897 r.). Gdy 19 stycznia 1919 r. w Niemczech (a 26 stycznia w Polsce) kobiety po raz pierwszy szły do urn wyborczych, martwe ciało Róży Luksemburg wciąż pływało w berlińskim Landwehrkanal. Kilka dni wcześniej została zamordowana przez prawicowe bojówki Freikorpsu i zrzucona z mostu w Tiergarten.
Róża socjalistyczna
„Socjalizm albo barbarzyństwo” – to chyba najsłynniejszy bon mot kojarzony z Różą Luksemburg. Pochodzi z lat 1915–16. Moment jego wygłoszenia nie był przypadkowy. Na wielu frontach trwał horror pierwszej wojny światowej. Największej masakry w dotychczasowych dziejach ludzkiej cywilizacji. Luksemburg siedziała wówczas w kajzerowskim więzieniu. Powód? Antywojenna agitacja.
Dla Luksemburg wybuch wojny światowej był dramatem przekreślającym całą polityczną kalkulację budowaną w niezliczonych pismach i wystąpieniach poprzednich dwóch dekad. Najważniejsze z nich zostały właśnie zebrane i wydane po polsku w zbiorze „O rewolucji 1905 i 1917” (Książka i Prasa, Warszawa, 2017). Ta książka jest doskonałą próbką publicystycznego stylu Luksemburg. Ostrego, zadziornego, ale jednocześnie klarownego. W tekście z 1905 r. Luksemburg zabiera głos w aktualnej i dziś debacie nad tym, kto powinien być dopuszczony do Świętego Graala polityki: elity czy szerokie masy? „Najzabawniejsze jest owo rozczulające stare wyobrażenie, jakby potrzeba było Bóg wie jakiej »dojrzałości«, aby przyjąć udział w głębokich misteriach parlamentaryzmu. Jakżeby na miły Bóg prosty rosyjski chłop czy polski robotnik fabryczny mógł dostać się na zawrotne szczyty polityki? Każdy zwyczajny rycerz giełdowy, każdy radca handlowy nalany tłuszczem, każdy bezmyślny junkier wschodnio-pruski, który tylko ze szpicrutą w ręku i tylko w stajni czuje się w swoim żywiole. Oni są jakby naturalnie urodzeni do rozstrzygania spraw wewnętrznej i zewnętrznej polityki państw. Ale proletariusz i prosty chłop już nie” – szydziła, opowiadając się jednoznacznie za demokracją otwartą dla wszystkich niezależnie od statusu społecznego.
Ale „O rewolucji 1905–1917” to nie tylko pokaz polemicznego pazura. To również dobry sposób na zrozumienie sedna poglądów politycznych zamojskiej Żydówki. Tak. Róża Luksemburg była zdeklarowaną zwolenniczką społecznej rewolucji. Polegającej na zmianie panujących u progu XX w. Stosunków społecznych. W świecie, który projektowała w swoich pismach, każdy człowiek miał mieć przyrodzone prawo do uczestnictwa w życiu politycznym i do decydowania o swoim losie. Aby to osiągnąć, nie wystarczyło (jak chcieli liberałowie czy republikanie) uchwalić postępową konstytucję i ogłosić, że odtąd wszyscy są równi wobec prawa. Należało stworzyć materialne podstawy do realnej emancypacji szerokich mas ludowych.
W tym sensie Luksemburg była rewolucjonistką. Co ciekawe, nie musiało się to jednak wiązać z natychmiastowym upadkiem kapitalizmu. W tej kwestii przez większą część życia Luksemburg była przeciwniczką poganiania zegara historii. Cel nadrzędny polegał na upodmiotowieniu mas ludowych. Władza dla samej władzy jej nie interesowała. Co stało się zresztą zarzewiem konfliktu Luksemburg z bolszewikami. „Lenin i Trocki opowiadają się za dyktaturą garści osób. Tj. za dyktaturą na wzór burżuazyjnej. Bo faktycznie są to dwa bieguny. Równie daleko od siebie odległe” – pisała w 1918 r. W 1931 r. ta krytyka bolszewickich metod doprowadziła do pośmiertnego potępienia „luksemburgizmu” przez Stalina.
Przy lekturze „O rewolucji...” widać dobrze, że pierwsza wojna światowa była dla Luksemburg wielką życiową i polityczną katastrofą. Rok 1914 okazał się rozdrożem, na którym Europa Zachodnia nie wybrała socjalizmu. Zamiast tego pomaszerowała prosto w kierunku barbarzyństwa. Moment, w którym nawet posłowie jej własnej SPD głosowali za udzieleniem rządowi kredytów zbrojeniowych, to kres marzeń o zmianie stosunków społecznych w całym kapitalistycznym świecie. Był końcem marzenia o tym, że robotnicy francuscy, brytyjscy, niemieccy czy polscy wspólnymi siłami zrzucą jarzmo kapitalistycznego wyzysku. Rok 1914 był dla Luksemburg triumfem starej zasady „dziel i rządź”. A także wielkim triumfem lobby arystokratyczno-przemysłowo-zbrojeniowego, które parło do wojny. Luksemburg miałaby pewnie gorzką satysfakcję, gdyby dożyła 1961 r., kiedy to samo śmiertelne zagrożenie dla światowego pokoju zostało zidentyfikowane przez ustępującego prezydenta USA Dwighta Eisenhowera.
Róża ekonomiczna
„Dr Luksemburg” – tak się przedstawiła w listach, gdy w 1902 r. wynajmowała mieszkanie przy Cranachstrasse 58 w Berlinie. Wywołało to pewną konsternację, bo przybyły na miejsce doktor okazał się niezamężną kobietą, a nie mężczyzną, jak się spodziewano. Tytuł doktora Luksemburg zdobyła w 1898 r. na uniwersytecie w Zurychu. Było to wówczas jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie kobiety mogły studiować na takich samych prawach jak mężczyźni. Praca doktorska Róży Luksemburg dotyczyła „Rozwoju przemysłu w Polsce”. Jej drugą poważną pracą ekonomiczną była wydana w 1913 r. „Akumulacja kapitału”.
„Akumulację” czytywało się potem na uczelniach ekonomicznych po obu stronach żelaznej kurtyny. Jednak prawdziwy renesans zainteresowania przyszedł po kryzysie 2008 r. Ekonomiści Jan Toporowski i Riccardo Bellofiore przypomnieli Luksemburg czytelnikom anglosaskim w 2014 r. Nawet w Polsce została wznowiona klasyczna praca Tadeusza Kowalika „Róża Luksemburg. Teoria akumulacji i imperializmu” (Książka i Prasa, Warszawa 2012). Skąd to zainteresowanie? To proste, w swoich pracach ekonomicznych Luksemburg dość precyzyjnie przewidziała... przyszłość. A zwłaszcza to, co działo się w światowej gospodarce po 1980 r. Czyli dobrych sześć dekad po jej śmierci.
Książka o „akumulacji kapitału” wzięła się stąd, że Luksemburg chciała napisać bryk o Marksie dla swoich uczniów w SPD-owskiej szkole partyjnej. Ale pisząc go, zaczęła się z Marksem wadzić. On przewidywał przecież, że kapitalizm upadnie w momencie, gdy zabraknie środków do realizacji wytworzonej przez kapitalistów produkcji. Czyli mówiąc krótko, zbyt słabo opłacani robotnicy nie będą w stanie kupić towarów wytwarzanych przez przemysł. I wtedy właśnie kapitalizm ugryzie się we własny ogon. Ale Luksemburg pokazała, że niekoniecznie. „W tym momencie wejdzie do gry kredyt” – zauważyła już w czasie swojej słynnej polemiki z ideologiem SPD Eduardem Bernsteinem parę lat wcześniej. Teraz szła tym tropem dalej: pokazała, że rozwój rynków finansowych będzie prowadzić do coraz szybszej wymiany towarów. Będzie to pchało świat w kierunku zjawisk, które dziś nazywamy finansjalizacją (nadmierną przewagą sektora bankowego nad realną gospodarką). Luksemburg nie używała tego terminu. Ale to, co pisze, dość dobrze opisuje zjawisko pompowania finansowych baniek spekulacyjnych, które doprowadziły do krachu 2008 r. Luksemburg poszła jednak jeszcze dalej. Pokazała, jak rynki finansowe będą kolonizowały świat. Eksportując kapitał za granicę, co skończy się wciągnięciem krajów słabszych w pułapkę zadłużeniową. I nową formą kolonializmu. Tym, co kilka lat temu były minister finansów Grecji Janis Warufakis opisał gorzkim: „dziś do podboju nie są potrzebne tanki, dziś wystarczą banki”. A co wcześniej do pewnego stopnia sprawdziło się w Ameryce Łacińskiej czy w Europie Wschodniej.
Róża polska
Na koniec najtwardszy do zgryzienia orzech. Przynajmniej dla nas. Czy Różę Luksemburg można nazywać Polką? Z formalnego punktu widzenia tak, bo urodziła się jako poddana cara Rosji w tej części imperium Romanowów, która po klęsce powstania styczniowego została zdegradowana do miana Nadwiślańskiego Kraju. Jej dziadek był rabinem, ale wiemy, że nie po drodze jej było ani z religią, ani z żydowską kulturą. Co zresztą było dość typowe dla ówczesnych polsko-żydowskich socjalistów. Z Kongresówki wyjechała na dobre w 1898 r. Zadecydował fakt, że w Niemczech działalność socjaldemokratyczna była legalna, a w carskiej Rosji nie. W momencie wybuchu rewolucji 1905 r. Luksemburg wróciła jednak do Warszawy. To też było naturalne, bo rwała się do uczestnictwa w rewolucji ludowej, której wyczekiwała. Została jednak namierzona przez Ochranę i wydalona do Niemiec. Wtedy widziała Warszawę po raz ostatni.
„Róża Luksemburg była osobą intymnie przywiązaną do kultury polskiej. Wiemy, że polski pozostał jej pierwszym i najbliższym językiem” – pisał historyk polskiego ruchu robotniczego Feliks Tych. Przypomniał również, że Luksemburg w 1900 r. ogłosiła broszurę „Przeciwko wynaradawianiu”, w której opowiadała się za autonomią dla zaboru rosyjskiego. I robiła to w sposób dużo bardziej bezkompromisowy niż współcześni jej przywódcy endecji. Było to z resztą zgodne z jej koncepcją przyszłości socjalistycznego świata opartego na ponadnarodowych strukturach, tworzonych z własnej woli przez społeczeństwa dużych regionów. Trochę zgodne z pierwotną wizją Unii Europejskiej.
W konsekwencji Luksemburg sprzeciwiała się wpisywaniu postulatu odzyskania przez Polskę niepodległości do programu jej pierwszej partii politycznej SDKPiL. Co fundamentalnie odróżniało ją od sporej części PPS skupionej wokół niepodległościowej frakcji Józefa Piłsudskiego. A także od endeckiej wizji Romana Dmowskiego. Aż do śmierci Luksemburg stała na stanowisku, że socjalizmu nie da się pogodzić z postulatem odbudowy państw narodowych.
Gdy w listopadzie 1918 r. skończyła się pierwsza wojna światowa i Piłsudski zaczął odbudowywać niepodległą Polskę, zamojszczanka widziała w tym pomyśle kolejne wcielenie klasowej dyktatury silnych elit kapitalistyczno-burżuazyjnych nad słabym ludem. Tyle że już nie pod carskim, lecz pod biało-czerwonym sztandarem. Jednocześnie wzrastał jej dystans (wyrażany w pismach i w listach) wobec bolszewickiego terroru i imperializmu. Syntezy tych sprzeczności się jednak nie doczekamy. Róża Luksemburg nie dożyła nawet wojny polsko- bolszewickiej. Została zamordowana 15 stycznia 1919 r. w Berlinie. Wcześniej ostatecznie przegrała walkę o władzę na niemieckiej lewicy.
Zostało po niej kilka otwartych drzwi: do innego socjalizmu, innej integracji europejskiej, innej polityki. Pewnie właśnie ta inność czyni ją wciąż pociągającą.
submitted by Bifobe to Polska [link] [comments]


2017.12.17 21:14 ctes Porozmawiajmy o science fiction.

Zakładam temat tu, a nie na jednym z ponad 9000 subów dedykowanych gatunkowi bo może istnieją polskie książki (albo z innych demoludów i w związku z tym znane w Polsce, a nie znane na Zachodzie). Również, szczerze mówiąc, przydałoby się trochę tematów innych niż "ej paczcie co odjebał PiS".
Sci-fi to jeden z moich ulubionych gatunków, szukam interesujących książek - albo filmów / seriali, które mógłbym przeczytać / zobaczyć jak skończy mi się materiał. Ktoś coś poleca? Może być po polsku albo angielsku, rosyjski zmęczę i może nawet się czegoś nowego nauczę więc też OK.
Ze swojej strony, ostatnio przerobione: Liu Cixin - Problem Trzech Ciał, polecana przez Obamę ( :D ). Interesujące postaci nie sią forte autora, ale w tym gatunku często im więcej interesujących pomysłów tym mniej interesujące są postaci. To jest pierwsza część trylogii, nie czytałem jeszcze części trzeciej.
Chiny, rewolucja kulturowa. Ojciec młodej kobiety, profesor w Pekinie, zostaje zabity przez hunwejbinów za nieprawomyślność. Jakiś czas potem ona trafia do obozu, gdzie po przejściach dostaje propozycję pracy w tajnej bazie wojskowej. Okazuje się, że baza nie jest od radarów jak na początku jej powiedzieli, a od SETI (ChRL nie może pozwolić, żeby kontakt z obcą cywilizacją pierwsi osiągnęli sowieccy rewizjoniści albo amerykańscy imperialiści). Ye wbrew dyrektywom wysyła sygnał w kosmos zamiast tylko słuchać, dostaje odpowiedź od pacyfisty-dysydenta który przypadkiem trafił pierwszy na jej wiadomość. Całe szczęście, bo odpowiedź zawiera ostrzeżenie, że jego cywilizacja jest militarystyczna, agresywna i wyżej rozwinięta, i że jeśli ludzie odpowiedzą na tę wiadomość, to na pewno zaatakuje (bo będzie znać kierunek i czas podróży syngału czyli dystans, na razie zna tylko dystans) Ye - w tajemnicy - odpowiada, i proponuje pomoc w podboju.
40 lat później...
Andy Weir - Artemis. Powieść typu skok stulecia, w mieście na księżycu. Takie sobie, autor próbuje tego samego co w Marsjaninie, ale Mark Watney gadający sam do siebie o kaloriach w kartoflach działał, bo był sam na planecie i musiał sobie pogadać, tutaj monologi głównej bohaterki nt. technologii trochę kłują w oczy. W uszy kłują mniej, bo książkę czyta Rosiario Dawson i idzie jej nieźle.
Ktoś coś?
submitted by ctes to Polska [link] [comments]


2017.12.14 21:34 ben13022 Raport o stanie reportażu.

Po tegorocznej gali Nagrody Nike mówiono o przełomie – że nagrodzenie reportażu Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” oznacza nobilitację tego gatunku i potwierdzenie jego literackiego obywatelstwa. To samo zresztą mówiono, kiedy w 2015 r. reportaż po raz pierwszy uhonorował Komitet Noblowski, przyznając literacką nagrodę białoruskiej reporterce Swietłanie Aleksijewicz. Po tegorocznej edycji Nike pojawiły się nawet krzywdzące głosy, że jury potraktowało wyróżnienie dla Białorusinki jako rodzaj przyzwolenia na nagrodzenie reportażu również w Polsce. Łatwo odnaleźć źródło takiego spojrzenia na reportaż. Przecież już dawno temu określono go mianem „bękarta literatury pięknej i popołudniówki”. Sam Ryszard Kapuściński zwierzał się raz Andrzejowi Czciborowi-Piotrowskiemu z zazdrości, że ten jest poetą w Związku Literatów Polskich, podczas gdy on – tylko dziennikarzem. Okazuje się, że kompleks niższości wobec literatów mieli też najwięksi reporterzy, jakbyśmy na długie lata zapomnieli, że w Polsce pierwsze reportaże pisywali wybitni pisarze: noblista Reymont, Prus, Żeromski. Dzisiaj reporterzy znajdują się wśród najbardziej popularnych i – co dopiero ciekawe – najchętniej recenzowanych polskich autorów. Reportaż ma ważną pozycję w rodzimej literaturze i dla jego kondycji, popularności oraz przyszłości chyba nie ma zbyt dużego znaczenia to, co sądzi o jego „literackości” jury tego czy innego konkursu.
Przynajmniej od 2007 r., kiedy Wydawnictwo Czarne na dobre rozwinęło swoją serię, mówi się o modzie na reportaż. Już to, że powtarza się to od dekady, powinno budzić podejrzenia – żadna moda nie trwa tak długo. Podejrzliwość w tym przypadku jest słuszna, bo funkcjonujący trochę na zasadzie faktu medialnego boom na reportaż ma w sobie coś ze złudzenia optycznego. Pierwszy składnik iluzji to liczba książek reporterskich, które pojawiają się na rynku. Półki w księgarniach uginają się od reportaży, a kolejne miesiące przynoszą następne dostawy nowości. Reportaże powstają dzisiaj stosunkowo szybko, a na pewno szybciej niż w przeszłości. Nie są więc rzadkością książki pisane po krótkich wyjazdach za granicę lub po kilku miesiącach zbierania materiału w kraju. Dawniej było inaczej. Weźmy za przykład niektóre z najwybitniejszych książek reporterskich pierwszej dekady XXI w.: „Modlitwa o deszcz” to efekt jedenastu podróży Wojciecha Jagielskiego do Afganistanu odbytych na przestrzeni dekady, „Gorączka latynoamerykańska” Artura Domosławskiego powstawała około siedmiu lat, Mariusz Szczygieł pisał reportaże, które złożyły się na „Gottland”, przez pięć lat, a Wojciech Tochman wydał swój pierwszy zbiór tekstów, „Schodów się nie pali”, po dziesięciu latach pracy reporterskiej.
Ale to były inne czasy, kiedy reportaż żył w gazetach, zanim kryzys finansowy w prasie wygonił go do książek. Dzisiaj młode reporterki i reporterzy, wzorując się na starszych kolegach i koleżankach, biorą się od razu za książki, często mając więcej chęci niż doświadczenia. Zamiast być podsumowaniem etapu dorobku, obecnie książka jest jego otwarciem. I wcale nie musi to być zjawisko tylko negatywne, tym bardziej że ma też jedną pozytywną przyczynę. Wielu młodych autorów po prostu garnie się do reportażu, nawet jeśli młodzi mają dzisiaj dużo trudniej pod względem finansowym niż ich idole, którzy przynajmniej mieli etaty w gazetach. To zresztą tłumaczy też ich pośpiech w pisaniu. Ale jeśli uzbierają cenne doświadczenie i odnajdą własny głos, polski reportaż czeka jeszcze wiele znakomitych książek.
Drugą składową iluzji jest wszędobylska promocja. Reportaż jest najlepiej i najsilniej promowaną literaturą w Polsce. Reporterzy w większości są czynnymi albo byłymi dziennikarzami, a to oznacza, że w okresie premiery książek mogą liczyć na pomoc swoich własnych lub zaprzyjaźnionych redakcji. Sporo załatwia też promocyjna samopomoc autorów, sama w sobie zrozumiała, ale jednocześnie stanowiąca charakterystyczną cechę środowiska reporterskiego. Rewersem tych koleżeńskich rekomendacji jest jednak to, że książki autorów funkcjonujących poza środowiskiem i jego współzależnościami nie cieszą się takim zainteresowaniem jak dzieła tych autorów, którzy mają dużo znajomych.
Czy reportaże dobrze się sprzedają, jak wieść głosi? Trudno o konkretne dane na temat popularności książek reporterskich. Wydawnictwa raczej nie chwalą się nakładami, a rynkowe raporty nie są aż tak dokładne. Trzeba więc wypatrywać list bestsellerów. Ale jakoś nie widać na nich wielu reportaży – a w każdym razie jest ich dużo mniej, niż można byłoby się spodziewać, gdyby faktycznie była na nie moda. Na tegorocznych listach bestsellerów Empiku naliczyć można siedem reportaży: dwie książki Wojciecha Sumlińskiego, „Małą zbrodnię. Polskie obozy koncentracyjne” Marka Łuszczyny (reportaż historyczny o polskich obozach, w których po wojnie przetrzymywano m.in. Niemców lub Ukraińców przesiedlanych w akcji „Wisła”), „Małych bogów. O znieczulicy polskich lekarzy” Pawła Reszki (wiwisekcję problemów służby zdrowia), biografię „Tu byłem. Tony Halik” Mirosława Wlekłego i „Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu” Marcina Wójcika (reportaż o instytucji celibatu w Kościele). Trzeba jednak zauważyć, że te książki zajmują raczej dalsze pozycje zestawienia. Żadna z nich nie odniosła takiego sukcesu jak np. „Macierewicz i jego tajemnice” Tomasza Piątka (też reportaż). Książki reporterów mają jednak spore grono oddanych czytelników. Są też oficyny, które uczyniły reportażowe serie swoim znakiem rozpoznawczym. Ale ogromna podaż i wytrwała promocja tworzą rodzaj wirtualnej rzeczywistości, w której trwa boom na reportaż, a każda reporterska premiera to dzieło wybitne. A tak przecież nie jest.
Prześledzenie historii obecności reportaży na listach książek nominowanych do Nagrody Nike wymaga rozważenia, co reportażem jest, a co nim nie jest – a to nie zawsze jest łatwe. Jeśli jednak przyjmiemy liberalną definicję reportażu jako dzieła, w którym autor zawiera własną relację z prawdziwych wydarzeń, do nagrody nominowano już czterdzieści jeden reportaży, z czego aż osiemnaście dotarło do ścisłego finału (najwięcej rok temu, wśród dwudziestu nominowanych książek znalazło się sześć reportaży, dwa dotarły do finału). Co więcej, jeśli będziemy trzymać się tej luźnej definicji, okaże się, że reportaż już raz wygrał – w 2005 r., kiedy laur przypadł „Jadąc do Babadag” Andrzeja Stasiuka, refleksyjnemu zapisowi podróży przez kraje środkowo-wschodniej Europy. Czyli coś jakby reportażowi, nawet jeśli kojarzymy Stasiuka głównie z innym pisaniem, a włączenie go do grona reporterów pewnie by go rozbawiło. Trzeba też wspomnieć, że w przeszłości czworo reporterów – Ryszard Kapuściński, Mariusz Szczygieł, Magdalena Grochowska i Magdalena Grzebałkowska – otrzymało Nike Czytelników, nagrodę przynajmniej z jednego względu ważniejszą niż laur główny. Osobną, lecz bardzo interesującą kwestią jest nieobecność rasowego reportażu wśród autorów, którzy przyznawaliby się do prawicowej proweniencji. Reportaży nie znajdziemy też, choćby śladowo, w mediach, które same o sobie mówią „niepokorne”. Otwiera to pole do ciekawych i daleko idących spekulacji, ale to temat na osobny branżowy tekst dla miesięcznika „Press”.
Nas interesuje fakt, że tegoroczną Nagrodę Nike, kojarzoną z Agorą, dostał jako pierwszy reporter Cezary Łazarewicz. Nie Hanna Krall, Ryszard Kapuściński, Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman czy Wojciech Jagielski, by wymienić tylko najwybitniejszych spośród nominowanych w poprzednich edycjach, tylko właśnie Cezary Łazarewicz, reporter wytrawny i solidny, ale do tej pory raczej niezaliczany do reporterskiego parnasu, niekojarzony też z „literackim” nurtem reportażu, chyba najbardziej predestynowanym do pierwszego wyróżnienia. Dlaczego?
Wygląda, jakby historia Grzegorza Przemyka czekała przez tyle lat właśnie na Cezarego Łazarewicza. Dziesiątki, jeśli nie setki dziennikarzy stykało się z historią zabójstwa z 1983 r., ale dopiero on napisał o tej sprawie książkę, która oddaje sprawiedliwość – tematowi, ofiarom, a także sprawcom i ich pomocnikom. To reportaż o wielkim ciężarze, drążący aż do samego dna. I temat, i czytelnika.
Łazarewicz przeprowadza swoje śledztwo z dużą starannością, ostrożnie i z taktem. Nie brakuje mu też odwagi. W czasach ochrony danych osobowych nie boi się podawać nazwisk. Nie dość, że zapisuje dane sprawców, to w niektórych przypadkach podaje też szczegóły, które umożliwiają ich odnalezienie. Chroni tylko tożsamość Cezarego F., przyjaciela Przemyka i najważniejszego świadka zajścia, który później stał się obiektem ogromnej i bezpardonowej gry operacyjnej Służby Bezpieczeństwa. Ale dla sprawców i stojących po ich stronie nie ma żadnej taryfy ulgowej. W tej książce wszystko jest na serio, to reportaż poważny jak życie i śmierć. W centrum „Żeby nie było śladów” jest kłamstwo i zbrodnia bez kary. Łazarewicz drobiazgowo opisuje, jak władze PRL mataczyły, by za śmierć Przemyka odpowiedzieli nie milicjanci, którzy go pobili, tylko ktoś inny. Ta książka to litania draństwa, opowieść o cynizmie, o ludziach, dla których ludzkie życie jest niczym – można je ukrócić, zniszczyć i zadeptać. Najważniejszym uczestnikiem tych wydarzeń, do którego dotarł Łazarewicz, jest Michał Wysocki, sanitariusz, którego Czesław Kiszczak wytypował do skazania za śmierć Przemyka. Ta sprawa złamała mu życie, wciąż jest w jej cieniu. Ale „Żeby nie było śladów” to nie tylko przypowieść o złu. To też przejmująca opowieść o matce ¬Przemyka, ¬poetce Barbarze Sadowskiej, o jej walce, żałobie, a także o bliskości i pomocy, której doświadczała w trudnych czasach. To jasna strona tej historii, promyk, który rozświetla mrok. Łazarewicz panuje nad zebranym materiałem, rekonstruuje wydarzenia dzień po dniu, prowadząc narrację pewną ręką. Stroni przy tym od reporterskich sztuczek i „literackiego” efekciarstwa – nie ucieka w domysły, nie eksperymentuje zanadto z formą. Nie znaczy to jednak, że nie odwołuje się do literackości w inny sposób. W kilku miejscach nawiązuje nieoczekiwany dialog z klasykami – pierwszy rozdział książki przypomina „Kronikę zapowiedzianej śmierci” Marqueza, a scenę wejścia na salę sądową prokuratorki rozpoczyna wariacja na temat otwarcia opowieści o Poncjuszu Piłacie z „Mistrza i Małgorzaty”: „W czarnej todze z czerwonym żabotem, krokiem kawalerzysty, wczesnym wtorkowym rankiem do sali rozpraw wypełnionej po brzegi kamerami, reflektorami, mikrofonami radiowymi wchodzi przysadzista tleniona blondyna – prokurator wojewódzka Wiesława Bardon, zwana Bardonową”.
Rzeczy, o których pisze Łazarewicz, mogą coś nam przypominać. W rzeczywistości, którą opisuje, każdy, kto zadziera z władzą, musi mieć coś za uszami – być narkomanem jak Grzegorz Przemyk, źle się prowadzić jak Barbara Sadowska, brać pieniądze od wrogów ojczyzny jak adwokaci, którzy jej pomagali – a usłużne media na posyłki rządzących szczują jednych na drugich (duży udział miał w tym Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu, który radził np., żeby zaczekać z mieszaniem Przemyka z błotem, aż z kraju wyjedzie Jan Paweł II). „Prasa i telewizja w owym czasie z zaciekłością podsycały wciąż nienawiść ludzi do pogotowia” – notowała cytowana w książce Łazarewicza doktor Barbara Makowska, więziona przez trzynaście miesięcy za fikcyjny napad na pacjenta, których to napadów seria miała propagandowo osłaniać wersję wydarzeń forsowaną przez Czesława Kiszczaka. Już nie wspominając o tym, że nadal żyjemy w kraju, w którym można umrzeć na komisariacie, jak Igor Stachowiak. Laudacja, którą po ogłoszeniu werdyktu wygłosił przewodniczący jury Nagrody Nike Tomasz Fiałkowski, pozwala twierdzić, że za wyróżnieniem dla Łazarewicza stały nie tylko walory literackie książki, ale też właśnie sposób, w jaki opowieść o jednej z najbardziej znanych zbrodni PRL nawiązuje do współczesności, a ściślej – do obecnej sytuacji politycznej w kraju. Jest to zresztą interpretacja, którą przyjmuje, a nawet propaguje w swoich wypowiedziach o książce sam autor, np. kiedy mówi – jak podczas gali Nike – iż ma nadzieję, że tak jak on opisał mechanizm budowania kłamstwa w PRL, tak ktoś za 20 lat opisze dzisiejsze mechanizmy sprawowania władzy – i też dostanie za to nagrodę.
„To historia sprzed ponad trzech dekad, z zamkniętej epoki, ale mechanizmy w niej opisane zawsze mogą się powtórzyć – mówił w laudacji Fiałkowski. – Jest wiarygodnym świadectwem tamtego czasu, ale i przestrogą przed tym, co może się zdarzyć, gdy wymiar sprawiedliwości traci niezależność i staje się narzędziem politycznej władzy”. Nagroda polityczna? Można tak powiedzieć. Ale można też inaczej – jasne stanowisko w ważnym momencie. Literatura, szczególnie reportaż, ma prawo, a może nawet powinność, mówić o rzeczywistości dosadnie. Tej, którą opisuje, i tej, w której funkcjonuje. Także jeśli chodzi o politykę. W przypadku reportażu teza o „neutralnej literaturze” sprawdza się bardzo rzadko, jeśli w ogóle. Tak samo między bajki można włożyć ułudy o „neutralnych” nagrodach. Im szybciej to przyznamy, tym lepiej.
Reportaż to najbardziej sporny rodzaj twórczości w Polsce. Czym jest prawda? Jak daleko można się posunąć w beletryzacji wydarzeń? Czy można łączyć bohaterów, by narracja bardziej gładko szła do przodu? Coraz częściej te i inne warsztatowe kontrowersje nabierają rozgłosu i dochodzą do czytelników. – ostatnio za sprawą wywiadu, jakiego udzielił „Krytyce Politycznej” Artur Domosławski („część reporterów w Polsce nie chce rozmawiać o zasadach reportażu. Według nich reportaż ma się przede wszystkim dobrze czytać. A to przecież zaledwie środek do celu” – mówił w wywiadzie autor „Kapuściński non-fiction”). Po nim głos zabrał Adam Leszczyński, który proponował stworzenie akceptowalnego przez wszystkich zestawu reguł, których reporterzy mieliby przestrzegać. Ale był to chyba utopijny, żeby nie powiedzieć: niemądry pomysł. Reguły reportaż z grubsza już ma, co nie przeszkadza nikomu ich łamać, a żaden kodeks sam przez siebie nie może zagwarantować, że będzie przestrzegany. Taki zbiór zasad może miałby sens w odniesieniu do reportażu prasowego, ale dzisiaj reportaż żyje przecież w książkach. Jak ustalać zasady pisania książek?
Leszczyński miał jednak rację, kiedy zwracał uwagę, że metoda, jaką jest reportaż literacki, może mieć „genetyczną” wadę. Nie chodzi tu jednak o skłonność do zmyśleń, ale o swobodne korzystanie ze źródeł, czyli – z cudzej pracy. Reportaż literacki ma bowiem tendencję do ich wchłaniania – tłumaczy się to stylem, integralnością opowieści, dbaniem o łatwość lektury – co niestety może stanowić idealną przykrywkę dla różnych wątpliwych praktyk pisarskich. A to skutkuje aferami, takimi jak w przypadku Witolda Szabłowskiego, który w znacznym stopniu oparł swój reportaż z antologii „Mur. 12 kawałków o Berlinie” (Czarne, 2015) na filmie dokumentalnym o Niemcach wysyłających za komuny paczki pomocowe do Polski, Andrzeja Muszyńskiego, który włączył do swojej książki „Cyklon” (Czarne, 2015) opracowanie fragmentów książki Benedicta Rogersa „Than Shwe. Unmasking Burma’s Tyrant”, lub Jacka Hugo-Badera, który w swoim „Długim filmie o miłości” (Znak, 2014) wykorzystał w nieoznakowany sposób teksty dziennikarzy „Tygodnika Powszechnego”. Gdy ich przypadki wyszły na jaw, reporterzy mniej lub bardziej skutecznie przeprosili swoich czytelników, ale te sytuacje pokazują, że ilekroć reportaż budzi kontrowersje, często w tle pojawia się też problem uczciwego korzystania ze źródeł. Może więc się okazać, że problemem polskiego reportażu nie są wcale zmyślenia, ale różne formy plagiatu.
Nawracanie dyskusji o reportażu ilustruje dwie rzeczy. Pierwsza to duże znaczenie, jakie podstawowa kategoria w reportażu, czyli prawda, ma zarówno dla czytelników, jak i autorów. Ale kolejne spory o prawdę pokazują też, że nie jest to debata, którą można raz na zawsze zakończyć. Te przypominające powoli rytuał spory – jednocześnie ciekawe i nieciekawe, bo bazujące wciąż na tych samych przypadkach nadużyć, z Kapuścińskim na czele – od niedawna zyskały jednak nową jakość. W reportażu coraz mocniej rysuje się wielogłos, różne podejścia i wrażliwości. Coraz częściej na temat współczesnego reportażu wypowiadają się jego krytycy, którzy, jak się niedawno okazało, są też wśród samych reporterów. Dominacja reportażu literackiego jako głównego nurtu reporterskiego pisania jest kwestionowana. To dobrze. Wielogłos zawsze jest lepszy niż monolog. Szczególnie w reportażu.©
Anegdotę o Ryszardzie Kapuścińskim zaczerpnąłem z książki „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego.
Debiutancki zbiór reportaży nagradzanego blogera. Wzruszające, miejscami dobrotliwie zabawne, mądre i napisane z pokorą historie o ojcostwie. Ojciec owdowiały, głuchy, zastępczy, niepełnosprawny ruchowo, zmagający się z autyzmem swojego syna, a także taki, który wraz z innymi ojcami szuka sposobów, jak być lepszym – to bohaterowie tych reportaży. Książka nie tylko dla ojców, ale dla wszystkich rodziców, a także dla tych, których dopiero to czeka. Kruczkowski wybrał na swoich bohaterów ludzi, od których można się uczyć. To największa zaleta tej książki.
Reporterska biografia Ireny Sendlerowej. Bikont spisuje świadectwa uratowanych żydowskich dzieci i niezliczonych źródeł, by nakreślić portret kobiety, która stała się symbolem Polski ratującej Żydów. I jak z symbolami bywa – sporo w tej historii uproszczeń i mitów, które Bikont cierpliwie demistyfikuje. Dzieci wcale nie było 2,5 tys., a Sendlerowa i jej współpracownicy działali w osamotnieniu, nie mogąc liczyć na znaczną pomoc kogokolwiek, Polskie Państwo Podziemne wliczając. Bikont z szacunkiem i wyrozumiałością obala też mity, które Sendlerowa sama tworzyła wokół siebie.
Świetnie skonstruowana i zajmująco napisana opowieść o skandalu, który wstrząsnął Holandią. Historia dawcy nasienia, który został ojcem około ¬dwustu dzieci. Bałuk zadaje ważne pytania o naturę relacji rodzinnych w dobie gwałtownego postępu medycyny, a przy okazji bawi się swoimi czytelnikami – podpuszcza do negatywnej oceny bohaterów, po czym prezentuje ich historie z nieoczekiwanej perspektywy. Dzięki temu jego debiutancka książka to też pożyteczna lekcja powściągliwości w łatwych osądach.
Odważny reportaż historyczny o obozach pracy przymusowej działających w Polsce w pierwszych latach po II wojnie światowej. Zostawione przez Niemców obozy znów działały, tylko pod polskim kierownictwem. Znaleźli się w nich niemieccy jeńcy, volksdeutsche, Ukraińcy, żołnierze podziemia i inni polityczni więźniowie komunistów. Łuszczyna dotarł nie tylko do dokumentów, ale też do żywych bohaterów, którzy opowiedzieli mu swoje historie. Pedagogika wstydu – powiedzą niektórzy, ale to nie sprawi, że te obozy znikną z historii.
Zbiór reportaży o współczesnej Szwecji, w którym na pierwszy plan wysuwają się tematy związane z polityką migracyjną. Tubylewicz oferuje spojrzenie uczciwe i humanistyczne jednocześnie. Jej bohaterowie już zdjęli różowe okulary, ale wciąż trzymają się „szwedzkich” wartości, takich jak solidarność, równość i odpowiedzialność za słabszych. Brakuje takich książek – o tym, jak gościnne kraje radzą sobie z gośćmi. Najłatwiej jest pomagać innym, gdy widzimy w nich anioły lub ofiary. Co zrobić, gdy okazują się po prostu ludźmi? To pytanie, które stawiają „Moraliści”. ©
źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/raport-o-stanie-reportazu-151304
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.09.21 16:35 Technolog Poseł Kukiz'15 Marek Jakubiak o feminizmie kontra redaktorki z WP

Feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na 4. piętro? Redakcja Kobieta WP udowadnia, że to bzdura – Ruchy feministyczne zaczynają kontestować szacunek mężczyzny do kobiety. Feminizm kończy się zawsze wtedy, kiedy trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro – powiedział ostatnio poseł Kukiz'15 Marek Jakubiak w Polskim Radiu. By dać panu posłowi – i wszystkim mężczyznom, którzy uważają kobiety za płeć słabą i wątłą – nauczkę, redakcja WP Kobieta postanowiła za pomocą siły własnych mięśni udowodnić, że żadna lodówka nam niestraszna. I nie tylko lodówka.
Aby pokazać, jak kruchy jest argument "z lodówki", redakcja WP Kobieta postanowiła własnymi rękami zanieść lodówkę na czwarte piętro. Pokazać, że w kobietach jest siła, o którą niektórzy panowie najwyraźniej nas nie podejrzewają. Być może wiele z nas nie ma tak rozwiniętych mięśni, jak niektórzy mężczyźni, ale za to doskonale potrafimy się zorganizować i, jeśli trzeba, poprosić o pomoc koleżanki, które tę lodówkę pomogą nam wnieść po schodach.
picrel
Artykuł
Jedna z odpowiedzi: https://i.imgur.com/JywmmPu.jpg
submitted by Technolog to Polska [link] [comments]


2016.10.13 17:17 ben13022 "Ja bym radziła rodzić." Kobiety ze wsi o aborcji i czarnym proteście.

Widzę w telewizji: wszyscy na czarno idą, krzyczą, deszcz leje. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać. Na wsiach nie wszyscy słyszeli o czarnym proteście. Kobiety zapewniają, że żadnej ciąży by nie usunęły. Ale nikomu swojej decyzji nie chcą narzucać. Proszą, by zabieganym kobietom z miasta przekazać wiadomość: zastanówcie się dwa razy, zanim podejmiecie decyzję.
Jak nie dzieci, to co?
Beata ma 28 lat, troje dzieci. Nie pracuje, zajmuje się dziećmi i domem.
Beata: - Mąż wiadomości oglądał. Tak tylko w telewizor spojrzałam, bo wszystko nie poprane, nie pomyte. A tu wszyscy na czarno, idą, krzyczą, deszcz leje, a ludzie zawzięci. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać.
W życiu to ja generalnie poszłam za mężem. Wiedział, czego chce. Mówił, że rodziny, dzieci i domu. A ja chciałam dzieci mieć, nawet czworo. I pomyślałam: on pracę ma, na cementowni, przy maszynach. Wiadomo, zarobi. Jego mama blisko, siostra jego tu mieszka. W razie czego pomoc będzie. Potem sobie policzyłam: dom będzie po rodzicach, duży, jest działki kawałek. To się ułoży.
Mnie nie ciągnęło do chłopaków. Ale dzieci zawsze chciałam. Mama opowiadała, że ledwo sama chodziłam, a już wózek z lalką chciałam pchać. Kobietę ciągnie do opieki.
Nigdy nie byłam jakaś taka, no, urodziwa. Ani dobrych ocen nie miałam. Pieniędzy też nie miałam w domu. Nic nie umiałam. Tyle że ugotowałam. Mamie pomogłam. No normalna dziewczyna. Zwykła. Do czego ja bym była potrzebna? Na co komu? Co ja mogłam chcieć? Ojciec się zapił na śmierć. To ja ojca chyba szukałam. Nie dla siebie. Dla swoich dzieci. Chciałam dzieciom dać ojca. Tak dziś to widzę.
Kim ja bym bez tych dzieci była? Nikim. Mnie by nie było. Gdyby nie dzieci, nie miałabym po co żyć.
Nigdy nie pomyślałam o aborcji. Jak te kobiety szły, to ja się zastanawiałam: na co im to życie? Czego one chcą, dorosłe kobiety, jak nie dzieci, to co? Co one w życiu robią? Jak facetowi się odwidzi i do innej pójdzie, to co one zrobią? Same zostaną. To dopiero tragedia. Mnie samej by się tak przykrzyło, że nie chciałabym żyć. Jak czasem sama w domu pobędę, to już mi się płakać chce. Nie wiem czemu. Jak dzieci są, to się nie ma czasu na takie tam.
Gdyby mi ktoś zrobił krzywdę, znaczy zgwałcił, tobym urodziła. Każdego trzeba kochać. Mnie ojciec nie kochał, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek trzeźwy był. Pasem dostałam nie raz. On by pewnie wolał, żeby mnie na świecie nie było. Nieraz krzyczał, że my - ja z bratem - za przeproszeniem, "mamy wypierdalać", bo nikt nas nie chciał. Albo mówił do mnie: "I na co się toto urodziło?". No i ja bym miała być taka?
Ja powiem jak kobieta do kobiety: chłop każdy sobie pójdzie. Tak się wydaje, że oni kochają. Ale oni kochają tylko przed. Jak już dostaną, co chcieli - wie pani, o co mi chodzi - to każdy by poszedł w swoją stronę. Rację mam? A dziecko się nie odwróci od matki. Każdy się odwróci, ale dziecko od matki nigdy.
Gdyby dziecko było chore, urodziłabym. Gdyby miało żyć tylko chwilę, też bym urodziła. Natura sama zrobi swoje. Ale zabijać, bo jest chore? Przecież ciągle lekarze wymyślają nowe leki. I gdyby trzeba było, tobym przy łóżku siedziała. A jakby cierpiało? Miałoby rodzeństwo, które by je kochało. I matkę, która by się go nie wyrzekła. Gdyby miało Downa, to też przecież człowiek. Inny, ale człowiek.
Ja bym urodziła. Ale nikogo innego bym nie zmuszała.
Gdyby było ryzyko, że sama umrę? No to chyba nie zdarza się często? Nie umiem sobie tego wyobrazić.
Magda ma 23 lata i dwoje dzieci. Nie pracuje, czasem dorabia sezonowo, zbierając owoce. Chce iść do pracy, gdy odchowa półtoraroczną Monikę. Paweł, jej mąż, złota rączka, tanio naprawia samochody i skutery.
Magda: - Nie myślałam o dzieciach. Ani o seksie. Ale że mi się chłopak spodobał, to poszłam z nim do łóżka. Chciałam, żeby mu się ze mną podobało. Chciałam mieć chłopaka takiego, co samochodem mnie zawiezie a to na zakupy, a to na dyskotekę, a to na wakacje. Czy ja byłam zakochana, to nie umiem powiedzieć. Co ja w głowie miałam? Nie pamiętam. Ani mi w głowie nauka była, ani nic. Wiadomo, że każda dziewczyna by chciała ślubu, a potem rodzinę założyć. Nie wierzę, że nie. Każda jedna feministka też chce. Tylko może tak wychowana, że się nie przyzna. Może się wstydzi. Może myśli, że lepsza jest.
Jak zaszłam w ciążę i miał urodzić się Kubuś, to miałam 19 lat. Mamie mówiłam, że wcześnie. A ona: "Wcześnie? Ja już w twoim wieku dwójkę miałam". Mówię mamie: "A może by tak zrobić, żeby tego dziecka nie było. Bo chciałam za granicę na stałe jechać do pracy, do Anglii". Jak mnie mama w łeb walnęła ręką, to aż się o ścianę oparłam. "Gdzie będziesz dziecko wozić - zapytała. - Trzeba było nóg nie rozkładać". Aż tak mi powiedziała.
Mnie się chciało latać to tu, to tam, ja chciałam, żeby jeszcze być córunią. U nas się mówi: "ciekać". Tak mi mama mówiła: "Ciekać ci się chce? Ja ci zaraz z głowy wybiję głupoty". Mnie się wydawało, że to taka kara - ta ciąża - za to, że ja niegrzeczna byłam. Nie chciałam pomagać przy świętach ani grobów czyścić. Wszystko mnie nudziło.
Co mnie interesowało? Lubiłam ze zwierzętami być, wszystkie bym głaskała i brała na ręce. Ale ani z tego zawód, ani nic.
Jak już brzuch było trochę widać, to ciotki się zeszły i mówiły, że ja już dziewczynka nie jestem, jak kiecę zadzieram. Patrzyły na mnie już inaczej. Już gotowanie mnie czekało, już sprzątanie, już nie było, że się można powłóczyć. Jak zaszłam w ciążę, to mnie już nikt po głowie nie pogłaskał. Ja już nie byłam mała Madzia. Dopóki Kubusia nie urodziłam, to byłam takie nie wiadomo co. Ani szkoły nie skończyłam, do matury w liceum nie dociągnęłam. Nie miałam planu. Pustka w głowie. Nawet nie pamiętam, kim ja wtedy byłam i o czym myślałam. Paweł, ty pamiętasz, jaka ja wtedy byłam?
Z pokoju słychać męski głos. Paweł: - No jaka? Taka sama. Mówiłaś, że dzieci chcesz.
Magda: - Ja mówiłam, że dzieci chcę?
Paweł: - No a jak?
Magda: - Może tak mówiłam. Jak się Kubuś urodził, to zmądrzałam. Już byle gdzie nie biegłam. Już tak syna pokochałam, że mi nikt nie był potrzebny. Już się nie przejmowałam kłótniami z mamą, już o Pawła taka zazdrosna nie byłam. Zaraz potem drugiego synka pod sercem nosiłam. Ale poroniłam. Nie wiem czemu. Naprawdę nie wiem. Broń Boże nie popalałam. Ani nic. Mama mi powiedziała, że też poroniła jak ja. Może to rodzinne. Bałam się, że już w kolejną ciążę nie zajdę przez to. A chciałam, nie powiem. A potem znowu zaszłam w ciążę. Mnie wtedy znowu nikt nie obchodził, tylko ta córeczka. Bo to cały sens mojego życia. Nie wstydzę się tego powiedzieć. Niech się ze mnie miastowe śmieją.
Paweł wchodzi do pokoju: - Będą chciały te w mieście dzieci mieć, to się ockną tak późno, że już nie będą mogły. A jak się nie wie, co się chce, bo człowiek młody i głupi, to trzeba zobaczyć, jak inni żyją.
Magda: - Dopóki się dziecka nie urodzi, to samej jest się dzieckiem. Każda jedna, co chce usunąć, to tak jakby chciała jeszcze małą dziewczynką być. A tak się nie da. Więc ja tobym radziła rodzić, bo jak się usunie, to nie wiadomo, czy się będzie potem mogło znowu zajść. No i przede wszystkim: ile tak można ciekać w życiu?
Paweł: - Nie chcesz mieć dzieci? A ty skąd się wzięłaś? Ciebie ktoś urodził przecież, nie? No to na logikę to weź. Tak już jest.
Magda: - Gdyby nie mogło mówić, w łóżku tylko leżało? Może jestem zacofana, ale mnie się w głowie nie mieści zabijać dzieci. Wiadomo, że bałabym się, że my tu rady nie damy, że tyle tysięcy by trzeba wydać, a to na leki, a to na maszyny podtrzymujące życie. Skąd by na to brać? Nie wiem. Jak o tym myślę, to mi przykro, ale mimo wszystko ja usunięcia dziecka bym nie zniosła. Może jestem samolubna, ale nie dałabym rady.
Paweł: - Wszystkie dzieci się kocha. Zarobiłbym, pożyczył, wyjechał za granicę, ale bym nie dał zabić potomka. Nawet Downa.
Magda: - Że w mieście trudniej, w jakiej wynajętej kawalerce, bez rodziny, pieniędzy? Zawsze gdzieś jest jakaś rodzina, zawsze można się przeprowadzić. Po prostu jak masz dziecko, to już nie ma, co ty wolisz. Dzieci są najważniejsze, a nie to, że chce się w mieście mieszkać. Zawsze jakieś wyjście jest.
Czy innym kobietom bym aborcji zakazała? Ja nie jestem taka mądra, żeby komukolwiek czegoś zakazywać.
Terlikowski? Nie znam. Marsz esesmanek? Nie, no to przesada.
Agnieszka ma 21 lat. Mieszka na wsi, u rodziców, w małym pokoiku ze swoim synkiem. Rodzice pomagają. Zajmują się chłopcem, wspierają finansowo.
Agnieszka: - Wszyscy o tym wiedzą, wszyscy plotkują, choć to już cztery lata. Ojcem Michałka jest mój kuzyn. Nie chcę o tym rozmawiać za dużo. Zresztą wystarczy, że wyjedziesz na wieś i powiesz, że u mnie byłaś. Od razu wszystkiego się dowiesz. Michaś ma dziś cztery lata. Nawet się nie interesowałam, czy go usunąć, czy nie. Co on winny?
Wszystko to się stało przez alkohol. Ja byłam młoda i też wstawiona. Byliśmy u nas pod sklepem, a potem na dyskotece. Miałam 17 lat, a kuzyn 28. Ciągnęło nas do siebie. Jeszcze do domu nie wróciłam w nocy, a już wszyscy wiedzieli, co się stało między nami. Nakrzyczeli na Marka, że to gwałt. Ja tego tak nie nazywam, bo może i młoda byłam, ale on mi się podobał. Nie wiem już sama, co jest prawdą, a co nie. Najgorsze, że kuzyn wyjechał za pracą i nas zostawił. To było większe zło niż ta ciąża. Ani się do nas nie odzywa, ani nie przysyła pieniędzy. Jego rodzina Michasia nie uznała. Nawet na niego nie patrzą, jak się mijamy na ulicy.
Kuzyn chciał, żebym usunęła, powiedział, że zabierze mnie do miasta i zapłaci za zabieg. Bo to przypadek, pijany był i żałuje. A ja jeszcze myślałam, że będziemy razem. Aż tu nagle sama zostałam z dzieckiem.
Mieszkam z mamą i z tatą. Dzięki nim skończyłam szkołę, zdałam maturę, a teraz pracuję w sklepie. Ale wtedy nie było człowieka, który by mi nie mówił, żebym usunęła. Był moment, kiedy codziennie namawiali mnie mama, tata i siostra. Ale ja wiedziałam, że to by było złe. Wierzyłam w Boga i nie chciałam mieć grzechu. Pomyślałam, że Bóg mi pomoże. Że na pewno jest jakiś większy sens niż tylko to, co sami widzimy. I nigdy nie żałowałam.
Ale jak dziecko miałoby umrzeć po porodzie, to sama nie wiem, jaką decyzję bym podjęła. Gdyby ciąża zagrażała mojemu życiu, może zdecydowałabym się na aborcję. Ale nie wiem, kto powinien o tym wszystkim decydować. Nie jestem pewna, czy kobieta sama podejmie odpowiednią decyzję.
Dobrze, że aborcję trudno zrobić, że schodzą się komisje, że jest czas, żeby się zastanowić. Bo jakby można zrobić tak od ręki, to w emocjach każdy by poszedł usunąć od razu. Kiedy ma się problem, każdy od razu chciałby ten problem usunąć. Myślę, że nawet kobiety zgwałcone, porzucone, młode powinny urodzić. Nie dlatego, że ja im życzę źle, ale właśnie dlatego, że życzę dobrze. Jeśli urodzisz dziecko, nawet w trudnych okolicznościach, i wytrwasz ten najgorszy moment, potem będziesz szczęśliwsza. A jak usuniesz, może na chwilę będziesz szczęśliwa, ale potem będziesz nieszczęśliwa do końca życia. Każdy coś myśli i każdy coś czuje. Ale z czasem człowiek czuje inaczej i co innego myśli.
Kasia i Darek, rodzice trzyletniej Elizy, mieszkają w podsandomierskiej wsi. Ale spotykamy się w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie przyjeżdżają co miesiąc na kontrolę. Eliza cierpi na niewydolność nerek spowodowaną wadą wrodzoną układu moczowego. Kasia ma 27 lat, poświęca się całkowicie opiece nad chorą córką.
Kasia: - Eliza zachorowała, kiedy miała dwa lata. Najpierw zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Czy czegoś nie zauważyłam w odpowiednim momencie? Czy to moja wina, że jej układ moczowy nie wykształcił się odpowiednio?
Kiedy dowiedzieliśmy się, że trzeba jechać do Warszawy na badania, zamarłam. Zrezygnowałam z pracy, miałam swój sklep 1001 Drobiazgów. Przejęła go szwagierka z mężem. Inaczej musiałabym zamknąć. A tak oni mogą sobie zarobić i mnie skapnie kilka złotych miesięcznie. Darek jeździ w Sandomierzu jako kierowca w dużym sklepie z hydrauliką i budowlanką. Dorabia na taksówce wieczorami.
Ja już nie marzę o tym, żeby Lizka była zdrowa, ale żeby jak najdłużej mogła żyć bez dializ.
Jestem przeciwko aborcji, zawsze byłam. To, że Lizka jest chora, nie znaczy, że powinna nie żyć! Ale kiedy na oddziale spotykam mamy, które czekają z dzieckiem na przeszczep, to czasem mówią: "Co to było wszystko warte? Czy nie lepiej, żeby się dziecko w ogóle nie rodziło, niżby miało tak cierpieć?". Nic nie mówię. Ale kiedy patrzę na te dzieci, to żal serce ściska. Chwilami myślę, że tak, może i lepiej, żeby ich nie było. Ale potem tak sobie siedzę w kaplicy i myślę, że nie da się świata oczyścić z cierpienia.
Cieszę się, że nie wiedziałam o chorobie Elizki, kiedy była jeszcze w brzuchu, bo może bym chciała podjąć pochopną decyzję. Może bym chciała usunąć ciążę ze strachu.
Małżeństwo? Z mężem cierpimy razem. Cieszymy się razem. Jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
Darek: - Ja? Nigdy bym nie wymagał od żony, żeby usunęła. Facet nie powinien się wypowiadać na te tematy. Wolałbym, żeby kobiety nie usuwały ciąż. Ale nikogo nie oceniam. Niech każda para robi, co chce. Bo kiedy dziecko jest chore, nie ma słusznego wyjścia. Wszystko jest tylko minimalizowaniem cierpienia dziecka, minimalizowaniem błędnych decyzji.
Kasia: - Mieszkamy na wsi, jeśli Elizka będzie miała dializy, a niestety tak może się stać w niedługim czasie, to nie wiem, jak damy radę. Co, jeśli będzie padał śnieg, zepsuje się samochód? I nie będziemy mogli jej dowieźć na dializy? Aż boję się o tym myśleć. A o takich historiach na oddziale słucham prawie codziennie. Kuleje wsparcie państwa, głównie finansowe. Jakieś śmieszne dodatki, kilkadziesiąt złotych - co to jest? Przydałyby się pieniądze, rehabilitacja, pomoc miejscowych pielęgniarek. Kiedy człowiek zostaje sam z chorym dzieckiem, myśli o najgorszym. Kiedy codziennie budzisz się z lękiem, czy z twoim dzieckiem nie jest gorzej, to obecność pielęgniarki środowiskowej czy lekarza, choćby miejscowego lekarza domowego, byłaby dla nas wielkim wsparciem. Człowiek czuje ulgę, gdy ktokolwiek chce na dziecko spojrzeć, sprawdzić, czy nic groźnego się nie dzieje.
Czy innym kobietom kazałabym rodzić chore dzieci? Po tym, co tu widzę, nie śmiem nic mówić. Wierzę matkom chorych dzieci. Ufam im. Czasem się śmiejemy z dziewczynami na oddziale, że my powinnyśmy zostać prezydentami czy jakimiś innymi przywódcami, tak wszystko o życiu wiemy.
Patrycja ma 29 lat i pięcioro dzieci. Mieszka w starym domu, który wynajmuje dla niej gmina. We wsi ludzie mówią, że dzieci chodzą głodne, brudne, z niezmienionymi pieluchami. A nawet, że dzieci powinni jej zabrać, a ją wysterylizować. Patrycja nie wpuszcza mnie do domu, rozmawiamy w progu.
Patrycja: - Chcą mi je zabrać. Myślisz, że ja nie wiem, że na mnie donoszą do opieki społecznej? Ja nie piję. Leki biorę na padaczkę.
Żaden chłop nie chciał zostać ze mną i z dziećmi. Takie są chłopy. Moją mamę ojciec też zostawił, nie dała rady i zabrali mnie i siostry do domu dziecka. Ja sobie obiecałam, że choćby nie wiem co, to moich nie zabiorą. Choćbym się tu miała z nimi spalić!
Nie mam, jak pracować - bo kto się dziećmi zajmie? Ja nikogo nie mam. Żadnej rodziny. Wszyscy tu o mnie gadają, ale inni mają kogoś do pomocy przy dzieciach, mamę, teściową, koleżanki, sąsiadki. A ja jestem sama. Ale moje dzieci chodzą czyste. Zdrowe.
Prawie przy każdym dziecku mi aborcję proponowali. Sami lekarze mi mówili, że da się to załatwić. Panie w opiece i nawet jakiejś obce kobiety, które znam tylko z widzenia, a nawet wierzące takie babki, co w kościele w pierwszych ławkach siedzą, na "dzień dobry" mówiły mi, żebym usunęła. Że mi będzie łatwiej. Bo takie jak ja to mają usuwać, a bogate mają rodzić. Tacy ci katolicy są wszyscy do Pana Boga, dopóki biedna kobieta nie ma pięciorga dzieci. Wtedy toby sami wyskrobali.
Ale ja wtedy od razu w płacz: jak to dzieci zabijać? To ich wina, że ojcowie poszli w pizdu? Ja nikogo nie mam, tyle tylko co te dzieci. Nawet matka, jak wyszłyśmy z domu dziecka, to nas widzieć nie chciała. "Życie zmarnowane przez was" - mówiła. Sebastianek! Chodź, się pani pokaż.
W drzwiach stoi umorusany kilkuletni chłopiec z plastikowym pociągiem w ręce. Za nim po starej wygiętej podłodze raczkuje uśmiechnięta Olga. Dwoje dzieci jest w przedszkolu, najstarszy chłopiec w szkole.
Patrycja: - Mamy takiego grzyba na ścianie, że nie chcę nikomu pokazywać. Nie wiem, co z nim zrobić. Nie wpuszczam, bo boję się, że za chwilę przyjdą i zabiorą dzieci. A ten grzyb był, jak już tu przyszłam. Skromnie u nas. Tak teraz ludzie myślą, że musisz mieć pieniądze na dziecko. A jak nie masz, to co, usunąć? Mnie się to nie mieści w głowie. Czy ja jestem jakaś gorsza, bo nie stać mnie na nowe zabawki? Czy ja jestem gorsza matka? Czasem do mnie nawet ktoś powie w sklepie, że takie jak ja to powinno się podwiązać, bo robią dzieci jak pcheł. Ile razy ja z płaczem wychodzę z tego sklepu.
Czarny protest? Nie słyszałam. Żeby nie było całkowitego zakazu aborcji? Ja bym nie usunęła. Ale niech każdy robi, co mu się podoba. Chociaż może gdyby nie można byłoby robić aborcji, to ja bym nie słyszała, że jestem kurwa. Tylko bym była wtedy normalna matka. Bo mówią, że ja nieodpowiedzialna jestem. Nawet w opiece tak gadają, że nieodpowiedzialna matka, jak tak jedno za drugim rodzi. No a taka, co zachodzi i usuwa, to jest odpowiedzialna?
Gdyby okazało się, że dziecko będzie chore, a ja nie będę mogła mu pomóc? To chyba jedyna sytuacja, że pomyślałabym o aborcji. Żeby nie cierpiało, wolałabym. Ja ledwo szczepienia znoszę, jak moje dziecko płacze, nie mogę tego wytrzymać. A co dopiero, gdyby było chore.
Dlatego te kobiety wyszły na ulicę? Żeby chore dzieci nie musiały się rodzić i cierpieć? To miały rację. Niech one tu do nas, na Podlasie, przyjadą porządki robić w głowach.
Ela, 65 lat, ma córkę, syna i dwoje wnuków. Ani syn, ani córka nigdy nie rozmawiali z nią o aborcji.
Ela: - Pamiętam czasy, kiedy aborcja była legalna. I z pewnością nadużywana. Moje koleżanki robiły, nikt o tym specjalnie nie dyskutował. A ginekolog mi opowiadał, że kobiety traktowały ją jak późną antykoncepcję. Takie z głębokich wsi, nieświadome, robiły te aborcje bez zastanowienia. Nie chciałabym, żeby te czasy wróciły. Tak jak jest teraz, jest dobrze. A każdy, jeśli już koniecznie chce, znajdzie sposób na usunięcie ciąży.
Nie powinno być kar za zrobienie aborcji. Ci, co chcą absolutnego zakazu, poszaleli. Ale ci, co chcą, żeby można było jak kiedyś dziecko usunąć jak migdałki, też nie mają racji. Ja nikomu nie zabraniam, nikogo nie oceniam. Sama nie urodziłabym chorego dziecka. Nie zdecydowałabym się na poród, gdyby zagrażał mojemu życiu albo zdrowiu. Nie kazałabym nikomu rodzić na siłę i spuszczę zasłonę milczenia, kiedy ktoś chce ciążę usunąć, bo po prostu nie chce mieć dzieci. Widziałam w życiu dzieci zaniedbane, bo pracowałam wiele lat w opiece społecznej. Patrząc na nasze klientki, co ledwo miały na bilet, a przychodziły z gromadką dzieci, oceniałam je ostro. Myślałam: kolejne nieszczęścia chodzą po świecie, w nędzy mieszkają, lepiej, żeby cię matka nie urodziła. Ale dziś wiem, że nie mnie oceniać ludzi, nie mnie mierzyć macierzyństwo innych kobiet.
A państwo niech łapy trzyma gdzie indziej, niech da lepiej pieniądze na pomoc. Niech przymyka oko na czarny rynek aborcyjny. Niech każdy robi, co chce, i rozstrzyga we własnym sumieniu.
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.23 22:48 gurtos "Stop Aborcji" – co tak naprawdę zawiera w sobie projekt?

W temacie https://www.reddit.com/Polska/comments/543v7u/sejm_zdecydowa%C5%82_projekt_ratujmy_kobiety_upad%C5%82/ narodziła się krótka dyskusja pomiędzy mną a O5KAR w wyniku której doszło do wertowania treści projektu, a ostatecznie mam spore wątpliwości co do tego jak interpretować jego części.
Stąd ten temat. Liczę na pomoc osób obeznanych w prawie. Ponadto – skoro temat jest gorący, to dobrze wiedzieć z czym dokładnie wiążą się ewentualne zmiany, bo jak wiadomo media lubią wyolbrzymiać tego typu problemy, później wszyscy reagują w oparciu o podkolorowane nagłówki, a sensowna dyskusja o problemie umiera.
Dyskusja o której mowa jest tu (nie trzeba czytać – wszystko ważne przepiszę tutaj), a pytanie rozbija się o to czy projekt pozwala na usunięcie ciąży jeżeli ta zagraża życiu lub zdrowiu matki.
Treść projektu.
Stara ustawa zawiera punkt 4a, który mówi
4a 1. Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy: 1) ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej, 2) badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, (...)
W "Stop Aborcji" natomiast przeczytamy
6) uchyla się art. 4a;
Za to w projekcie SA mamy też punkt 2 z punktami w których przeczytamy przede wszystkim
§ 4. Nie popełnia przestępstwa określonego w § 1 i § 2, lekarz, jeżeli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych, koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia matki dziecka poczętego
bardzo podobny tekst znajdziemy też w starej ustawie. I ten kawałek właśnie jest dla mnie niejasny.
Jeżeli oznacza to przyzwolenie na aborcję w tych wypadkach – dlaczego został uchylony art. 4a? Przeczy to też temu co w newsie napisało tvn24 (i innych źródeł, które mówią o całkowitym zakazie aborcji) – ale jest możliwe że stacja wprowadziła czytelników w błąd.
Widzę też dwie inne możliwości na interpretację tego tekstu.
  1. Aborcja nie ma być legalna, ale lekarz który jej dokonał nie zostanie prawnie ukarany jeżeli dowiedzie, że zabieg był konieczny aby uratować życie/zdrowie matki.
Jeżeli tak, jakie są tego faktyczne konsekwencje?
  1. Punkt mówi o innych zabiegach które ratują życie matki, a mogą przyczynić się do śmierci dziecka. Coś co byłoby bliżej nieumyślnego spowodowania śmierci.
Zdaje się mieć to jakiś sens biorąc pod uwagę otoczenie punktów w których się znajduje, ale absolutnie nie umiem powiedzieć która z tych interpretacji mogłaby być właściwa.
submitted by gurtos to Polska [link] [comments]


2016.08.31 17:00 SoleWanderer MACIE ŻYĆ TAK, JAK MY ŻYJEMY - Tygodnik Powszechny

Mogliśmy się już widzieć, i to w tym samym miejscu. W 2011 r. Mateusz Bożydar Marzoch, prezes jednego z warszawskich Kół Młodzieży Wszechpolskiej, asystent posła Roberta Winnickiego, „narodowiec, katolik”, jak przedstawia się na Twitterze, szedł w Marszu Niepodległości. Ja stałam w pobliżu kawiarni przy placu Konstytucji w kontrmanifestacji. Minęło 5 lat, niewiele mniej niż nasza różnica wieku.
Kiedy 1 sierpnia obserwowałam kolejny przemarsz narodowców, oprócz wielu innych uczuć – opisanych przeze mnie na łamach „TP” w tekście „Nowy Świat maszeruje” (nr 33/16) – poczułam wstyd. Wstyd, że nie weszłam w tłum i nie zapytałam: „Dlaczego tu przyszedłeś?”, ale także z powodu własnej pogardy i poczucia wyższości. Poniższa rozmowa wzięła się m.in. z potrzeby przełamania tej postawy.
MAGDALENA KICIŃSKA: Dziękuję, że zgodził się Pan na spotkanie – wielu przedstawicieli organizacji, o których pisałam w „TP”, nie chciało rozmawiać. Zwłaszcza że był Pan jedną z osób, które negatywnie skomentowały naszą okładkę sprzed dwóch tygodni.
MATEUSZ BOŻYDAR MARZOCH: Bardziej nie podobał mi się tytuł. Bo dlaczego to, co robimy, jest kradzieżą? To przywracanie Polakom świąt i rocznic. Zanim organizacje narodowe o to nie zadbały, mało kto je celebrował, a jeśli, to niemrawo. Teraz – tłumy. Dopiero od niedawna mamy też np. Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. To zasługa pracy u podstaw, którą robimy.
A nie prezydentów Kaczyńskiego i Komorowskiego, którzy przeprowadzili proces legislacyjny w tej sprawie?
Oni raczej wyczuli, że powinni to zrobić, reagując na presję. To my upomnieliśmy się o pamięć.
Krzycząc 1 sierpnia: „Śmierć wrogom ojczyzny”?
To hasło ściśle historyczne, używane szczególnie po II wojnie światowej, kiedy polscy partyzanci walczyli z okupantem sowieckim i z ludźmi, których uważali za wrogów.
Chce mnie Pan przekonać, że nie ma w tym okrzyku odniesień do tu i teraz?
1 sierpnia krzyczeliśmy też „Jedna kula, jeden Niemiec”, a nie wydaje mi się, żeby ktoś teraz nawoływał do zabijania Niemców. Bądźmy poważni.
Niech mi więc Pan wytłumaczy związany z Powstaniem kontekst innego hasła, które skandowano: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści”?
Tu przyznam: nie wiem, co koledzy mieli na myśli. Ale nie dam się wmanipulować. Pani chce, żebym powiedział, że dosłownie bierzemy to, o czym krzyczymy.
Chcę zrozumieć, co Panu daje wykrzykiwanie tych haseł.
Poczucie sensu: czerpiąc z doświadczenia tamtych ludzi i oddając im cześć, czuję z nimi łączność. Wiem dzięki temu, gdzie i kim jestem, i jakie z tego wynikają dla mnie obowiązki. Np. w czasie wojny – jak należy się zachować. Wiem, że poszedłbym walczyć z tymi samymi hasłami na ustach.
A w czasie pokoju? Oglądałam Pański profil na Facebooku i konto na Instagramie. Widzę, że lubimy podobną muzykę, i zastanawiam się, czy jest coś, co poza muzyką może nas łączyć.
Poglądy pewnie nie.
Obawiam się Pańskich.
Niesłusznie. Nie jesteśmy tacy źli.
Nie dopuszczacie możliwości, że ktoś inaczej widzi świat.
Bo jesteśmy pewni, że nasza wizja jest dla Polski najlepsza.
O tym mówię – o braku wątpliwości. Jak się go zdobywa? Jak znalazł się Pan w Młodzieży Wszechpolskiej?
Pochodzę ze wsi, gdzie moi rodzice prowadzą gospodarstwo. Tam się wychowywałem, później poszedłem do liceum w powiatowym mieście i mieszkałem w internacie. Nie wiedziałem wtedy zbyt wiele o organizacjach narodowych. Od gimnazjum udzielałem się jako harcerz.
ZHP?
Stowarzyszenie Harcerstwa Katolickiego Zawisza. Wciągnął mnie kuzyn i to właśnie tam nabrałem poczucia, jak wielki sens ma nie tylko praca – co wyniosłem wcześniej z domu, bo od najmłodszych lat pomagałem w prowadzeniu gospodarstwa – ale przede wszystkim służba.
Czym ona jest?
Pomocą drugiemu człowiekowi, pracą na rzecz wspólnoty i gotowością do poświęceń na jej rzecz.
Tu się zgadzamy – ja również uważam, że to istotna wartość.
No więc ja podjąłem służbę na rzecz Młodzieży Wszechpolskiej – w 2011 r. pojechałem na Marsz Niepodległości i zobaczyłem, że potrzebna jest pomoc. Wstąpiłem do Straży Marszu – budowała ją m.in. MW, trafiłem na spotkanie. Sprawdzili, kim jestem.
Jak?
Weryfikacja polegała na rozmowie, sprawdzeniu naszych profili na Facebooku, to wszystko. Od początku roku akademickiego – kiedy zacząłem studia: bezpieczeństwo wewnętrzne na UW – zacząłem chodzić na spotkania. I od tej pory każda akcja, każda służba, którą pełnimy – np. ostatnio, przy pogrzebie kard. Macharskiego na Wawelu – daje mi ogromną satysfakcję i poczucie, że dokonałem właściwego wyboru.
To znaczy?
Że jestem wśród ludzi, którzy myślą tak jak ja i chcą tego samego.
Wcześniej Pan tego nie czuł?
Może w harcerstwie, ale z tego się wyrasta. A potrzeba zostaje.
Co Pan ostatnio czytał?
„Wszechpolaka”.
A książki?
Szczerze mówiąc, od dziecka muszę się do książek zmuszać.
Pytam, bo chciałabym się dowiedzieć, co Pana ukształtowało.
Już powiedziałem: praca. To, co robiłem w domu, potem w harcerstwie, teraz w MW – dla innych i dla narodu.
Jest Pan honorowym dawcą krwi.
Od 18. roku życia. I dawcą szpiku.
A kiedy patrzy Pan na probówki, w których zgromadzona jest krew, w każdej taka sama, nie myśli Pan – kto ją oddał, komu zostanie przetoczona?
Nie, bo człowiek to człowiek, życie to życie. Jeżeli umierałby ktoś, kto jest innego koloru skóry, wyznania czy nawet, powiedziałbym, orientacji, moje człowieczeństwo nakazywałoby mu pomóc i tę krew przekazać.
Woodstockowiczowi też?
Na Woodstocku nigdy nie byłem.
Może gdyby Pan na własne oczy zobaczył uczestników festiwalu, to nie napisałby Pan o nich na Twitterze „podludzie”.
Widziałem filmy i zdjęcia – zachowywali się jak robaki, taplali w błocie jak zwierzęta.
Nie mają prawa bawić się tak, jak uważają za stosowne?
A ja mam prawo to oceniać.
To chyba nie po chrześcijańsku mówić, że ktoś jest „podczłowiekiem”.
Dlatego jako chrześcijanie chodzimy do spowiedzi.
A z tego się Pan wyspowiadał?
A to już moja intymna kwestia.
Wpisu Pan nie usunął.
Oj, wiele wpisów wisi, które bym chciał pokasować, ale nie mam czasu.
Można być polskim patriotą i gejem?
Wie pani, to trudne pytanie. Homoseksualizm jest czymś nienaturalnym, co dotyka człowieka na jakimś etapie jego życia.
Homoseksualizm nie jest chorobą, wyborem ani stylem życia.
Według mnie jest schorzeniem. Ale osobiście uważam, że taki człowiek też mógłby zginąć za Polskę.
Ginęli. Oddawali życie za Polskę ludzie różnych wyznań, orientacji…
No dobrze, dobrze, znamy te historie…
Dlaczego Pan się śmieje?
Wszystko można zmanipulować – mówić np., że „Rudy” był homoseksualistą.
A to by było coś złego, gdyby był?
Dla mnie? Tak.
Bo?
Bo to nienaturalne i niezdrowe dla tej osoby i dla społeczeństwa. Ale nie uważam, że należałoby tych ludzi zabijać.
A mniej drastycznie – być członkiem tej samej wspólnoty też nie należy?
To nie tak. Nasz problem z tymi ludźmi nie wynika z tego, że oni mają ten swój problem, ale z tego, że chcą, żebyśmy my ich defekt zaakceptowali i przyjęli jako normę. Na to zgody nigdy nie będzie. Bo to pierwszy krok, za nim idzie cała ideologia tolerancjonizmu, która doprowadziła do tego, co się teraz dzieje na zachód od Polski.
Co to jest tolerancjonizm?
Zachód wybrał zupełną anarchię i ideologię, która go rozbroiła, wmawiając ludziom, że wszystko jest dobre: chcesz być kobietą, chociaż się urodziłeś mężczyzną – nie ma sprawy. Chcesz zabić dziecko – twoje prawo, a aborcja to oznaka wolności kobiety. I że nie zabija się człowieka, że to tylko zlepek tkanek. Więc ja się pytam: co z tego zlepka tkanek będzie potem? Słoń? Zachód zapomniał, że są rzeczy niepodważalne.
Dla mnie to, co niepodważalne, to prawa człowieka, dla Pana – prawa boskie, prawa jednej religii?
Moja wiara zakłada, że człowiek całe życie powinien dążyć do zbawienia, a inni ludzie, inni katolicy, powinni pomagać ludziom obok siebie, nawet niewierzącym, znaleźć drogę do zbawienia.
I chce Pan narzucać swoją wizję tego, co można, a czego nie można, innym?
Jeszcze nie narzucamy.
Jeszcze...
Nie muszę narzucać komuś, żeby miał narodowe poglądy i za największe dobro uważał naród, choć tego bym chciał – pamiętając, że przed narodem tylko Bóg. Ale są sprawy fundamentalne, w których nie możemy pozwolić, by ktoś decydował o sobie wbrew boskiemu prawu i wbrew interesowi narodu. Taką sprawą jest np. aborcja.
Ci, którzy Pańskiego zdania nie podzielają, są wrogami ojczyzny?
Wrogami ojczyzny są ci, którzy prowadzą do jej moralnego zepsucia, do liberalizmu, źle pojętej tolerancji i odejścia od wartości chrześcijańskich, na których została zbudowana. Wszyscy, którzy starają się to negować, którzy starają się doprowadzić do tzw. multikulturalizmu i wymieszania wszystkich ze wszystkimi, zniesienia granic – także moralnych. Wszyscy ci, którzy na pierwszym miejscu nie stawiają interesu Polski i narodu polskiego, ale jakiś wyimaginowany europejski albo swój własny.
Bardzo ogólne słowa.
Mam nazwiskami wymieniać?
Pańscy koledzy często to robią. Spróbuję zgadnąć: np. ci, którzy popierają prawo do decydowania o przerywaniu ciąży? Zwolennicy przyjmowania uchodźców? Osoby, które są LGBT i które działają na rzecz ich praw?
Wszyscy oni działają na rzecz degrengolady moralnej społeczeństwa, a nie na rzecz ochrony praw. Oglądała pani igrzyska olimpijskie, bieg na 800 metrów i te trzy pseudopanie, które paniami raczej nie są…
Ale co to ma wspólnego z prawami osób LGBT w Polsce?
To przykład tego, do czego oni dążą. Do przywilejów, chcą sobie ugrać przywileje. Tak to się zaczyna – mniejszość krzyczy, że jest dyskryminowana, a tak naprawdę chce lepszego traktowania. Od znajomych, którzy wyjechali do Wlk. Brytanii, wiem, że tam np. dotyczy to czarnoskórych. Nie pracują tak ciężko jak my, są leniwi, ale jak pracodawca chce ich zwolnić, to zarzucają mu rasizm.
To, co Pan mówi, to właśnie rasizm: wywyższanie jednej rasy ponad inną na podstawie fałszywych uogólnień. Mniejszości nie chcą być „lepsze”, chcą być równe.
Pani w to wierzy, ja nie.
A rozmawiał Pan z kimś, kto działa np. w organizacji LGBT?
Nie, i jakoś nie chcę.
Może by się Pan dowiedział, że chcą czegoś innego, niż Panu się wydaje.
Wystarczy mi widzieć Paradę Równości i to świństwo, które tam maszeruje. Faceci poprzebierani za kobiety, pomalowani jak jakieś nabzdyczone panie z burdelu; pseudo-katolicy, którzy chcą, żeby ich Kościół zaakceptował; mężczyźni, którzy wymachują sztucznymi penisami, co to ma być? To wbrew naturze. Najpierw akceptacja dla par homo, potem adopcja, a potem usłyszymy to, co w Holandii, by zalegalizować zoofilię, albo w Szwecji – by uczyć dzieci obowiązkowo masturbacji. To chore.
Słucham Pana i myślę: to pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Zasłyszane plotki, niepotwierdzone pogłoski, między którymi istnieje wymyślony związek przyczynowo-skutkowy.
Potwierdzone. Dla nas jest jasne, że to wszystko się łączy, a państwo tego nie widzą, bo wierzą w ich dobre intencje.
Ma Pan w swoim środowisku kogoś o innej orientacji niż heteroseksualna?
Nie.
Nigdy nie chciał Pan skonfrontować swoich wyobrażeń z tym, kim oni są naprawdę?
Wystarczy mi to, co widzę i czytam. Zaczyna się od drobnych rzeczy, a potem granice przyzwoitości się zacierają, i w efekcie rodziny zostają pozbawione wpływu na to, jak wychowują dzieci, bo jakaś ideologia i organizacje, które wcielają ją w życie, uważają, że zrobią to lepiej.
Pańska organizacja też uważa, że ma monopol na prawdę.
Nie można wszystkim na wszystko pozwalać w stylu „róbta co chceta”. Trzeba stawiać granice, żeby mieć w życiu jakieś punkty stałe, wartości, żeby wiedzieć, do czego się odwołać. A odwołać się można tylko do tego, co nas ukształtowało: wiara i historia.
Ma Pan rodzeństwo?
Trójkę.
A jeśli brat powiedziałby, że jest gejem?
Argumenty ad personam są bardzo słabe.
Chciałabym nadać sprawom, o których Pan ma tak mocne poglądy, jakąś twarz.
Na to pytanie nie odpowiem. To intymna sprawa i nie chcę, żeby ktoś w nią ingerował.
Ja nie chcę, żeby Pan ingerował w moje. Pytałam po prostu, co by Pan poczuł.
Nie powiem, że się nad tym nigdy nie zastanawiałem. Ale mam takie szczęście, że zostaliśmy wszyscy dobrze wychowani przez naszych rodziców.
To znaczy, że ktoś, kto jest homoseksualistą, jest nim dlatego, że został źle wychowany?
Tak uważam.
Był Pan na Światowych Dniach Młodzieży. Jak Pan odebrał to, co papież mówił o uchodźcach?
Jesteśmy zawiedzeni. On mówi tylko to, co nakazuje wiara, ale według nas nie do końca bierze pod uwagę zasadę ordo caritatis, czyli porządek miłości, mówiącą o tym, że najpierw trzeba troszczyć się o rodzinę i kraj, a potem o resztę. Poza tym to, co głosi papież, to jego nauka społeczna – pocieszamy się, że nieomylność dotyczy tylko kwestii wiary. W pozostałych, jak każdy człowiek, może się mylić.
Studiuje Pan na UW…
Kończę licencjat.
…Myśli Pan o tym, co organizacja, do której dziedzictwa odwołuje się ta, do której Pan należy, robiła w latach 30.?
Proszę pani, w latach 30. na ulicach jedni strzelali do drugich. Bojówki komunistyczne zresztą…
Pytam też o numerus clausus i getto ławkowe.
Jestem w stanie zrozumieć, że dla Polaków liczna mniejszość żydowska na uniwersytetach to był problem. Że dostawała wiele przywilejów, a zdolni Polacy nie.
Nie dostawała przywilejów – miała zagwarantowaną w konstytucji marcowej równość praw, w tym do studiowania.
Mogli sobie na to pozwolić ze względu na dobre usytuowanie, a Polacy nie.
Według spisu powszechnego z 1931 r. nieliczni Żydzi byli właścicielami majątków ziemskich. Prawie 70 proc. utrzymywało się z drobnego handlu i rzemiosła. Niewielu pracowało w przemyśle, zaledwie 2,6 proc. w administracji. Żydowscy studenci w międzywojniu wywodzili się z różnych warstw społecznych. Mówi Pan, że bicie brało się z tego, że byli na uniwersytetach, bo było ich stać, a polskich studentów nie i odpowiedzią była przemoc? Studenci żydowscy stanowili 20-25 proc. studentów. Czyli mniejszość.
Ta liczba rosła i nie dziwię się, że Polacy się buntowali i chcieli w swoim kraju mieć większy dostęp do szkolnictwa wyższego.
A Żydzi nie byli we własnym kraju?
Ale to dalej byli Żydzi. Mieli obywatelstwo polskie, ale do polskości za bardzo się nie poczuwali.
Skąd Pan to wie?
Dla nich przede wszystkim, zresztą do tej pory tak jest, najważniejszym punktem odniesienia była przynależność do społeczności żydowskiej.
Nie słyszał Pan o asymilacji? O Żydach-patriotach? O tych, którzy służyli w Wojsku Polskim?
To nie zmienia postaci rzeczy, że Polacy chcieli, żeby w ich kraju to jednak rodacy mieli dostęp do tego, co im się należy.
I pałka i pięści były do tego środkiem?
W tamtych czasach tak rozwiązywało się te sprawy. Teraz tak nie jest. Nikt z czystej nienawiści nie chce mordować kogoś – np. Żyda – tylko dlatego, że jest Żydem. Ludzie sobie tak mogą krzyczeć albo pisać w sieci, ale to się nie przełoży na czyny raczej.
Raczej?
Raczej. I tyle.
Nie uspokaja mnie ta deklaracja.
Dopóki te grupy nie stanowią zagrożenia dla Polski, dopóty nie mają się czego bać.
Jaka byłaby Polska, której Pan chce?
Wielka i katolicka. Miałaby się opierać na dobrze zorganizowanym narodzie, gotowym do wspólnego wysiłku na rzecz budowy swojej ojczyzny. Miałaby silną armię i gospodarkę, byłaby silna swoim narodem, dobrze wykształconym, pracowitym, wyszkolonym, by bronić ojczyzny, kiedy jest taka potrzeba, ale też dbać o nią na co dzień, np. płacąc podatki, będąc nieobojętnym na to, że komuś obok dzieje się krzywda. Ta Polska opierałaby się na wartościach chrześcijańskich, poszanowaniu dla życia ludzkiego i rodziny jako podstawowej komórki narodu. Na gotowości do ofiarowania życia za ojczyznę i na zdolności do poświęceń, jeżeli tego akurat będzie wymagała sytuacja.
A co z osobami innego wyznania? Z ateistami?
Nie każemy im zmieniać wiary, możemy nauczać, przekonywać, zachęcać, ewangelizować. Potem po śmierci każdego człowieka Bóg ze wszystkiego rozlicza. Ale taki ktoś musi szanować i przestrzegać naszych zasad.
A co z mniejszościami etnicznymi? Są częścią tej wspólnoty czy nie?
No, nikt Ślązaków np. nie wykluczył, nikt nie wykluczy też społeczności tatarskiej.
A żydowskiej? Wietnamskiej?
Roman Dmowski powiedział, że Polakiem może być ten, kto na pierwszym miejscu stawia interes i dobro narodu polskiego. Jeżeli to jest dla niego punkt odniesienia, to wtedy może określać się Polakiem.
Jak wyglądałby ład międzynarodowy, gdyby każde państwo przyjęło taką filozofię?
Nacjonalizm nie jest szowinizmem. Jest stawianiem na pierwszym miejscu swojego narodu. W stosunkach międzynarodowych to wygląda trochę inaczej. Można tak prowadzić politykę zagraniczną, by o tym pamiętać, ale też prowadzić interesy z innymi.
Mam na myśli co innego: jaki kraj umiał prowadzić politykę, w której na pierwszym miejscu byłby interes narodu, nie wchodząc w konflikty zbrojne z innym państwem o takiej filozofii. Zna Pan takie przypadki?
Myślę, że to da się pogodzić, zawsze powtarzam: trzeba prowadzić dialog i czasem iść na ustępstwa.
Czyli np. oddać Niemcom, gdyby chcieli, Wrocław?
Nie, absolutnie.
Dlaczego, przecież to jest ich interes narodowy, ich ziemia?
Naszym interesem narodowym powinno być odebranie Wilna i Lwowa, Brześcia itd., ale przecież nikt tego teraz nie podniesie. Choć trzeba też pamiętać: granice nie są dane raz na zawsze, tyle lat pokoju nie znaczy, że wojna kiedyś nie wróci.
Młodzież Wszechpolska włączy się w Obronę Terytorialną?
Wielu kolegów już w niej działa, są też w Strzelcu czy innych organizacjach. Wielu służy w wojsku jako żołnierze zawodowi i jako oficerowie. Do MW należą naprawdę różni ludzie, są osoby, które pracują na uczelniach, prawnicy, lekarze, rolnicy. Wszyscy, którym zależy na dobru kraju.
A co to jest patriotyzm?
Odróżniamy patriotyzm od nacjonalizmu. Patriotyzm jest czymś chwilowym, pewnego rodzaju uniesieniem, emocją, która wykwita, kiedy sprzyjają ku temu warunki. Nacjonalizm jest stanem trwałym i przekłada się na rzeczywistą pracę, którą dana osoba wykonuje na rzecz narodu.
Można być polskim patriotą, jeśli ma się skórę inną niż białą?
Przyznam szczerze, że ja nad tą kwestią się nigdy nie zastanawiałem, bo wchodzi tu jeszcze pojęcie rasy. Naród polski jest rasą białą. Ale jeżeli ktoś innego koloru skóry poczuwa się do tego i np. byłby w stanie oddać życie za Polskę, to myślę, że nie moglibyśmy mu odmówić prawa do bycia patriotą.
Tylko przelewając krew udowodniłby swoje poświęcenie? Nie może tego dowieść w warunkach pokoju? Ale dobrze, zostańmy przy krwi. Czy honorowy dawca zasłużyłby swoim poświęceniem?
Jeżeli ktoś innego wyznania lub koloru skóry oddaje krew, to mógłbym przyjąć, gdybym potrzebował. Ale jak on oddaje tę krew, to nikt z nas nie wie, komu ona zostanie podana… no to jest trochę co innego, niż zginąć, zasłaniając kogoś piersią.
Ta jednorodność, o której Pan wcześniej mówił, nigdy tu nie istniała. Historia Polski to historia różnorodności – kultur, języków, religii, grup etnicznych. Ras również.
Nie istniała do końca, ale Polska przez swoje zdrowe podejście zachowała jednolitość, chociaż różni ludzie się tu przewijali.
Nie przewijali się: żyli tutaj. A jednorodność „udała się” z powodu wojny i jej następstw.
Różnorodność przed wojną przysparzała wielu problemów, konflikty były duże, a jednak nie było u nas nocy kryształowej.
Ale były pogromy.
Bez przesady. Nie da się tego porównać do sytuacji w Niemczech. W historii każdego narodu zdarzają się sytuacje, z których nie jest się dumnym, ale powtarzam – takie były czasy i widocznie tak trzeba było.
A jest coś w Polsce po 1989 r., z czego jest Pan dumny?
Na pewno z tego, że w ostatnich latach obudziła się świadomość narodowa, coraz mniej ludzi zapatrzonych jest w Zachód, a zaczyna widzieć wartość tego, co polskie. Ale też dostrzega swoje wady i z nimi walczy.
Jakie są te wady narodowe?
Bezczynność chociażby, brak zaangażowania społecznego, np. to, że ludzie nie poczuwają się do tego, żeby iść głosować.
Ja również uważam, że udział w wyborach jest patriotycznym obowiązkiem. Tylko że dla mnie poza tym to poczucie wspólnoty z tymi, którzy tu żyją, i pamięć o tych, którzy żyli tu w przeszłości. To praca na jej rzecz, materialna i symboliczna. To szacunek dla demokracji, opartej na równości wszystkich obywateli. A Pan powiedział, że podpisałby się pod słowami swojego szefa, że „liberalna demokracja to nowotwór”.
Tak.
To co zamiast liberalnej demokracji?
Narodowa.
To znaczy?
Demokracja, w której rzeczywistym odnośnikiem jest naród i wola narodu, a nie poddawanie się, uginanie kolan przed wszelakimi mniejszościami. Macie żyć tak, jak my żyjemy.
„My” – chcą Państwo decydować o tym, kogo do wspólnoty można zaliczyć. Ja uważam, że „my” to też koleżanka lesbijka, i kolega, który jest Żydem, i Wietnamczyk, i ateista…
I oni wszyscy powinni się dostosować do prawa i zwyczajów, jakie tu funkcjonują.
Myślę, że to musiałoby być dla Pana bardzo trudne, gdyby się Pan zakochał w osobie, która nie pasuje do wzoru.
Nie grozi mi to. Nigdy nie miałem takiej sytuacji. Nigdy nie czułem zauroczenia w stosunku do kogoś o innym kolorze skóry czy wyznaniu. I raczej mnie to nie dotknie.
Jest Pan szczęśliwym człowiekiem?
Tak.
A co sprawia, że może Pan tak o sobie powiedzieć?
To, co robię, jakie wiodę życie, daje mi to poczucie: że służę w życiu tak, jak najlepiej potrafię.
A we mnie, jeśli miałabym uosabiać „tamtą stronę”, co Pana najbardziej wkurza?
Wolność słowa. A raczej to, że uznaliście, że macie na nią wyłączność i możecie decydować, co ludzie mają prawo myśleć i mówić.
Przecież Państwo mówicie swoje. Nam chodzi o granicę – jest nią artykuł 13 konstytucji.
Nie znam jej na pamięć.
„Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”.
My nie nawołujemy do przemocy, mówiłem pani – tamte hasła to tylko przypomnienie historycznych kontekstów.
Ataki na Romów, obcokrajowców w Białymstoku, palenie kukły Żyda też mają historyczny kontekst?
Jakieś ataki, jeśli się zdarzają…
Sytuacje, o których mówię, miały i mają miejsce.
…jeśli się zdarzają, to marginalnie.
Przemoc to rozwiązanie?
Niektórzy sądzą, że tak.
A Pan?
Czasem jest konieczna – kiedy ludzie czują się zagrożeni, państwo nie zapewnia im bezpieczeństwa, a sytuacja skłania do takich aktów.
Według mnie kreuje ją Państwa retoryka: wskazywanie wrogów ojczyzny, z którymi trzeba walczyć.
Ale gdybyśmy o tym nie mówili, wy mówilibyście: wszyscy są naszymi przyjaciółmi. A nie wszyscy są, nie można stracić czujności. Trzeba mieć bezpiecznik, są nimi organizacje narodowe, które mówią głośno to, czego inni boją się powiedzieć.
Właśnie to mnie w Państwa wizji świata przeraża – wrogość i nieufność, na których się opiera ten ład. Zostanę więc pewnie nadal wrogiem ojczyzny, jak pisali do mnie ludzie, którzy sami siebie nazywają narodowcami.
Dla nas postawy, które pani wyznaje, szkodzą Polsce i Polakom.
Wyklucza mnie Pan w ten sposób ze wspólnoty, której czuję się członkinią.
No dobrze, ale nikt pani przecież nie każe wyjeżdżać.
Mam tylko dostosować się do Waszych reguł?
Do zasad, które uznajemy za słuszne, i które są słuszne.
A na początku rozmowy próbował mnie Pan przekonać, że byłoby tu i dla mnie miejsce.
Wystarczy się dostosować – a będzie. ©
Sauce: https://www.tygodnikpowszechny.pl/macie-zyc-tak-jak-my-zyjemy-35214
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.05.19 10:37 ben13022 Wróg Korfanty

Dla marszałka Piłsudskiego i sanacji był wyjątkowo obmierzłym wrogiem. W lipcu 1939 r. na wieść, że w każdej chwili może umrzeć, sędzia kazał wypuścić go z więzienia. Wojciech Korfanty, bohater i idol tysięcy Ślązaków, miał to szczęście, że umarł dwa tygodnie przed wybuchem wojny i nie zobaczył upadku II Rzeczypospolitej Dwudziestego sierpnia na pogrzeb Korfantego przyszło pół Górnego Śląska - gazety pisały, że gdy po kilku godzinach wędrówki ulicami Katowic kondukt dotarł wreszcie do bram cmentarza, niektórzy żałobnicy dopiero ruszali spod kościoła. Żegnało go kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ale nie sanacyjny wojewoda Michał Grażyński, który nie tylko ostentacyjnie wyjechał z miasta, ale jeszcze zakazał urzędnikom udziału w ostatniej drodze Korfantego.
Ci dwaj znali się i nienawidzili od blisko 20 lat, od trzeciego powstania śląskiego. Czasami trudno było uwierzyć, że walczyli wtedy po jednej stronie.
Po dwóch pierwszych powstaniach (1919 i 1920), które wybuchły spontanicznie i zgasły po kilku dniach, w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. zaczęło się trzecie. I zaskoczyło Niemców. Bo tym razem zamiast zbieraniny źle uzbrojonych cywilów zobaczyli karne oddziały podzielone na trzy grupy wojsk. Powstańcy mieli pociągi i samochody pancerne, wywiad, szpitale polowe. Niemcy podejrzewali, że uzbrojenie i dowódców przysłała Warszawa, i dlatego mówili o powstaniu polskim. Uważali też, że wywołał je Korfanty.
Tymczasem był on przeciwnikiem walki i unikał jej tak długo, jak mógł, bo wierzył, że los Górnego Śląska rozstrzygnie się przy stole rokowań, a nie na polu bitwy. Korfanty, starszy o całe pokolenie od większości powstańców, był politykiem, nie żołnierzem.
W księgach parafialnych w kościele w Siemianowicach ksiądz zapisał go 23 kwietnia 1873 r. jako Alberta, co jest zdrobniałą formą niemieckiego imienia Adalbert. W domu, gdzie mówiło się śląską gwarą, nazywali go Wojtkiem albo Wojciechem, ale Polakiem zrobili go dopiero niemieccy nauczyciele w gimnazjum w Katowicach. - Tak długo zohydzali wszystko, co polskie, że w końcu postanowiłem dowiedzieć się czegoś o tych Polakach - opowiadał po latach.
Tuż przed maturą wyleciał ze szkoły za zorganizowanie polskiego koła samokształceniowego - czytali z kolegami Sienkiewicza. Na szczęście sprawę opisały gazety, a Józef Kościelski, Wielkopolanin i przewodniczący koła polskiego w Reichstagu, niemieckim parlamencie, postanowił pomóc młodemu Ślązakowi. Dzięki niemu Korfanty pod koniec 1895 r. przyjeżdża jako wolny słuchacz na politechnikę w Berlinie, zdaje maturę, a potem zaczyna studiować prawo, ekonomię i filozofię na wrocławskim uniwersytecie.
I zaczyna też politykować - na początek przystępuje do Zetu - Związku Młodzieży Polskiej "Zet", organizacji stworzonej przez działaczy Narodowej Demokracji, poznaje Romana Dmowskiego. W 1898 r. po raz pierwszy jest w Warszawie - przyjeżdża na odsłonięcie pomnika Mickiewicza. Po latach wspominał, że pokazywano go tam palcami jak jakieś dziwadło - że Polak, choć ze Śląska.
Wykorzystując znajomości wśród działaczy endecji, zaraz po ukończeniu studiów w 1901 r. zakłada w Katowicach gazetę "Górnoślązak". Pisze ostro i dosadnie, co się podoba - pismo rozchodzi się na pniu. Ale pruskie władze szybko umieszczają go na liście wichrzycieli i na początku 1902 r. sąd skazuje go na cztery miesiące więzienia za wzniecanie nienawiści narodowej.
Proces, tak jak wcześniej wyrzucenie z gimnazjum, tylko pomaga - Korfanty zyskuje sławę męczennika za polską sprawę i gdy 31 maja 1902 r. wychodzi z więzienia we Wronkach, przed bramą czeka tłum. Rok później zdobywa już mandat poselski do Reichstagu.
Dla wrocławskiego kardynała Georga Koppa Korfanty w Reichstagu to obraza boska. Nie dość, że bezczelny Polak wyśmiewa księży, to jeszcze zabiera mandat w okręgu zdominowanym dotąd przez katolicką partię Zentrum. Kopp pisze list pasterski przeciwko Korfantemu i każe go odczytać z ambon w całej diecezji - skutek jest taki, że popularność Korfantego wśród Polaków znów rośnie.
Gdy jednak na początku lipca 1903 r., chwilę po wygraniu wyborów do Reichstagu, chce się żenić, proboszcz parafii w Bytomiu, skąd pochodziła narzeczona, mówi mu: Albo przeprosisz za ataki na księży, albo ślubu nie będzie.
Korfanty domyśla się, że to robota kardynała Koppa, i jedzie do Krakowa. Tam kardynał Jan Puzyna początkowo nie zamierza dać zgody na ślub kościelny Ślązaka, ale w końcu się zgadza. Niech się żeni, będę miał o jednego wroga mniej - powiedział podobno Puzyna i w kościele św. Krzyża Korfanty wreszcie staje przed ołtarzem.
Czy w tym czasie spotkał już młodszego o 17 lat Grażyńskiego, który od 1901 r. uczęszcza do krakowskiego gimnazjum św. Anny?
Różniło ich bardzo wiele. Korfanty do polskości dochodził sam i na przekór niemieckiemu w większości otoczeniu. Urodzony we wsi pod Myślenicami Grażyński od dziecka miał kontakt z polską książką i polskimi nauczycielami. Podobnie jak Korfanty jeszcze w trakcie studiów (historia na UJ) zainteresował się polityką, ale poszedł nie za Dmowskim, lecz za Józefem Piłsudskim. I tak jak przyszły marszałek fascynował się walką zbrojną i kultywował pamięć o powstaniu styczniowym. Gdy przyjedzie na Górny Śląsk do powstania, obierze pseudonim "Borelowski", na pamiątkę po słynnym, poległym w 1863 r. pułkowniku Marcinie Borelowskim. o Pierwszej Kompanii Kadrowej ani do Legionów się nie załapał - zaraz po wybuchu wojny światowej zostaje wcielony do austriackiego wojska, ale z frontu wraca szybko z powodu rany brzucha. Gdy w listopadzie 1918 r. tworzy się polskie wojsko, Grażyński zgłasza się do krakowskiego dowództwa i w stopniu kapitana zostaje referentem oświatowym.
Ale mierzy znacznie wyżej. Na początku 1920 r. wywiad wysyła go na Spisz i Orawę, aby zachęcał miejscowych do głosowania w plebiscycie na Polskę. Gdy prawie całe sporne terytorium zwycięskie mocarstwa przyłączają do Czechosłowacji, rozgoryczony Grażyński dochodzi do wniosku, że o swoje trzeba walczyć zbrojnie, a nie w gabinetach dyplomatów.
Grażyńskiego "Borelowskiego" polski wywiad wysyła na Górny Śląsk. Ma pomagać Korfantemu.
Od początku 1920 r. Korfanty stoi na czele Polskiego Komisariatu Plebiscytowego, namiastki polskiej władzy na spornym Górnym Śląsku. Siedzibę komisariat ma w zdominowanym przez Niemców Bytomiu, co oznacza dla tego "polskiego rządu" wiele niebezpieczeństw. Raz Korfanty zostaje zaatakowany przez demonstrantów i z kilkoma współpracownikami musi uciekać na dach biura, skąd ostrzeliwuje się, dopóki nie nadchodzi odsiecz.
Niemcy nazywają go die blonde Bestie i śpiewają o nim złośliwe piosenki. Swoi go uwielbiają. Wspaniale przemawia - w zależności od audytorium mówi literacką polszczyzną, wtrącając anegdoty i złośliwości, a kiedy trzeba, godo po śląsku.
Po jednym z wieców kobiety zarzucają mu na ramiona girlandy kwiatów, a w sali Neue Welt w Gliwicach noszą na rękach. Niewiele sobie robi z Niemców, którzy wyznaczają za jego głowę 4 mln marek - na wiece dalej jeździ odkrytym fordem i tylko czasami zmienia trasy przejazdu.
Po zakończeniu pierwszej wojny światowej w Warszawie byli politycy, którzy liczyli na to, że na Górnym Śląsku mocarstwa przyznają Polsce obszar sięgający Odry. Życzliwa temu była Francja, której zależało na osłabieniu Niemiec. Ale brytyjski premier David Lloyd George chciał zachować równowagę sił na kontynencie i w końcu postawił na swoim - o tym, komu przypadnie Górny Śląsk (i inne sporne terytoria), miały zdecydować plebiscyty mieszkańców.
Zadaniem Korfantego, którego po cichu finansowo i organizacyjne wspiera polski rząd, jest kierowanie agitacją wśród Górnoślązaków, aby jak najwięcej z nich głosowało za Polską.
Żeby nie dopuścić do zastraszania ludności, alianci nakazali Niemcom wycofanie administracji, wojska i policji z Górnego Śląska; porządku ma pilnować Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa złożona z przedstawicieli Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii. Komisarzom w poszczególnych miejscowościach podlega mieszana polsko-niemiecka policja oraz żołnierze przysłani przez Paryż, Rzym i Londyn.
Problem w tym, że jest ich za mało (tylko 20 tys., głównie Francuzów), żeby mogli zapanować nad dwumilionowym regionem. Na dodatek, choć siły rozjemcze miały być neutralne, to wikłały się w konflikty między polskimi i niemieckimi oddziałami samoobrony. Drugie powstanie śląskie zaczęło się od ostrzelania niemieckich demonstrantów w Katowicach przez żołnierzy francuskich strzegących własnej siedziby. W odpowiedzi rozjuszony tłum zlinczował polskiego lekarza zdążającego z pomocą rannym - nie dość, że Francuzi mu nie pomogli, to jeszcze nie zapobiegli wielogodzinnym zamieszkom.
Jeszcze goręcej było po plebiscycie, który odbył się 20 marca 1921 r. Przy prawie stuprocentowej frekwencji większość opowiedziała się za pozostawieniem Górnego Śląska w granicach Niemiec, ale każda strona interpretowała wyniki po swojemu. Niemcy żądali całego regionu, Polacy chcieli przynajmniej wschodniej, najbardziej uprzemysłowionej części. Gazety polskie i niemieckie miały swój udział w podsycaniu konfliktu: straszyły nowym powstaniem i wyolbrzymiały najdrobniejsze incydenty.
W tej sytuacji Korfanty stawia wszystko na jedną kartę. Widzi, że jeśli sam nie ogłosi powstania, to może wybuchnąć spontanicznie, tak jak poprzednie. I w nocy z 29 na 30 kwietnia 1921 r. w pałacyku niedaleko Lublińca spotyka się z Danielem Kęszyckim, konsulem reprezentującym polski rząd przy komisji międzysojuszniczej. Nad ranem zapada decyzja: trzeba walczyć. Byleby tylko znaleźć dobry pretekst.
Dostarcza go kilka warszawskich gazet, które 1 maja donoszą o spotkaniu niemieckich przemysłowców w hotelu Klemens przy ulicy Młyńskiej w Katowicach. Podobno ustalili oni, że zniszczą kopalnie i huty na terenie, który zostanie przyłączony do Polski.
Wiadomość brzmi wiarygodnie, bo miejsce rzekomej narady rzeczywiście często odwiedzali niemieccy aktywiści. Zgadzają się też nazwiska i nazwy firm. Korfanty, powołując się na te doniesienia, ogłasza powstanie.
Mało kto zwraca uwagę, że rzekomi uczestnicy narady w hotelu Klemensa wszystko dementują. Zresztą kto by czytał sprostowania - jest już 3 maja, a powstańcy od kilku godzin są w drodze na pozycje.
Niemcy dali się zaskoczyć, bo uznali, że chodzi tylko o manifestacje z okazji rocznicy Konstytucji 3 maja. Zanim z głębi Rzeszy przyjadą niemieckie bojówki (regularnych wojsk żadna ze stron nie odważy się przysłać z obawy przed wybuchem wojny), w rękach powstańców są już tereny aż po Odrę. Wyjątkiem są miejscowości, w których stacjonują alianckie wojska - te powstańcy tylko blokują.
Korfanty dowodzi ze swojej kwatery w Szopienicach, kilka kilometrów od centrum Katowic.
W ostatnich dniach maja Niemcy odzyskują stracony teren, a pozycja Korfantego słabnie; od początku zresztą traktował on powstanie jako demonstrację mającą skłonić mocarstwa do uwzględnienia polskich postulatów. Ale rozgrzani początkowym powodzeniem powstańcy nie chcą wracać do domu. Wzdłuż Odry i pod Górą św. Anny czeka na rozkazy od 30 do nawet 50 tys. ludzi.
Tymczasem Grażyński, który przyjechał na Śląsk kilka miesięcy wcześniej, zdążył już wyrobić sobie na tyle silną pozycję, że postanawia rzucić wyzwanie Korfantemu. Z Bielszowic, gdzie stacjonuje, wysyła do Szopienic Karola Grzesika, człowieka, który jest jego marionetką. Grzesik prosi Korfantego, by ogłosił go wodzem powstania. Ten odpowiada wymijająco ("Czy pan, kapitanie, sobie poradzi?"), Grzesik uważa, to za zgodę i ogłasza się wodzem. Wtedy Korfanty każe go aresztować i kilka dni później Grzesik, Grażyński i kilku innych zamieszanych w sprawę staje przed sądem polowym za bunt.
Na polecenie Warszawy powstanie się kończy, a sprawie w sądzie zostaje ukręcony łeb, ale i tak tego upokorzenia Grażyński Korfantemu już nigdy nie daruje.
Rok po trzecim powstaniu Polska otrzymuje od mocarstw przemysłową część Górnego Śląska, a 18 czerwca 1922 r., dwa dni przed wkroczeniem do Katowic wojska polskiego, zdominowany przez chadeków i endeków Sejm proponuje Korfantego na premiera.
Nic jednak z tego nie wyjdzie, bo naczelnik państwa Józef Piłsudski nie zamierza się zgodzić na rząd prawicy. Nie podpisuje nominacji Korfantego i grozi dymisją, w razie gdyby prawica nie zrezygnowała z forsowania tego kandydata. W tej sytuacji niedawny wódz śląskiego powstania zadowala się mandatem posła - odrzuca propozycję bycia wojewodą, to za mało jak na jego aspiracje.
Z Piłsudskim poróżnił się już przy ich pierwszym spotkaniu w listopadzie 1918 r. - podobno poszło o to, że Korfanty oponował przeciwko wyznaczeniu na premiera Jędrzeja Moraczewskiego, bo sam miał ochotę na to stanowisko.
Ale ważniejsze chyba okazały się różnice charakterów. Pochodzący z Kresów Wschodnich Piłsudski nie potrafił znaleźć wspólnego języka z wychowanym na Zachodzie Korfantym. Chodzący w glorii polityka, który Górny Śląsk przywrócił macierzy, rychło miał słono zapłacić za to, że skłócił się z najpotężniejszym człowiekiem w Polsce.
Podczas przewrotu majowego Korfanty stanął po stronie rządu i chciał nawet wysyłać mu na pomoc przeciwko Piłsudskiemu śląskie pułki i policję. Nic z tego nie wyszło, ale takich rzeczy Marszałek nie zapominał.
Wkrótce zwycięski Piłsudski przysyła do Katowic nowego wojewodę. To Michał Grażyński, który z miejsca otacza się ludźmi, którzy podczas powstania stanęli po jego stronie. Karol Grzesik zostaje prezydentem Chorzowa i marszałkiem Sejmu Śląskiego, a Grażyński w 10. rocznicę trzeciego powstania pisze książkę "Walka o Śląsk" - w tej wersji to on jest na pierwszym planie.
Zirytowany Korfanty odpowiada serią artykułów w wydawanej przez siebie "Polonii" i stara się wersję rywala zdewaluować. Sanacja wytyka mu, że brał pieniądze od Związku Niemieckich Przemysłowców i dopuścił się matactw przy płaceniu podatków.
Dopóki chroni go immunitet poselski, może sobie z tego nic nie robić, ale 26 września 1930 r. prezydent Ignacy Mościcki rozwiązuje Sejm Śląski i jeszcze tego samego wieczoru pod willę Korfantego przy ulicy Powstańców w Katowicach przyjeżdża policja. Wiozą go do twierdzy w Brześciu, a "Polska Zachodnia", gazeta sanacji na Śląsku, na pierwszej stronie ogłasza: Pan Korfanty wreszcie pod kluczem.
Zarzuty wyglądają absurdalnie: Korfanty miał narazić Bank Śląski na stratę 20 tys. zł i fałszować weksle. Ale władzy nie zależy na zachowaniu nawet pozorów praworządności. - Nie potwierdzą się te, to znajdziemy sto innych zarzutów - mówi Korfantemu prokurator.
W Brześciu, gdzie marszałek Piłsudski kazał wsadzić wielu polityków opozycji, siedzi w jednej celi m.in. z socjalistą Hermanem Liebermanem. Sam nigdy nie mówił o tym, co przeżył, ale rodzina zapamiętała, że gdy po dwóch miesiącach został wypuszczony, stracił na wadze 25 kg. Nie miał do czynienia z osławionym pułkownikiem Wacławem Kostkiem-Biernackim, komendantem twierdzy. Współwięźniowie, m.in. Wincenty Witos i Karol Popiel, opowiadali, że nad Korfantym znęcał się kapitan Kazimierz Kaciukiewicz. Któregoś razu bił go po głowie i wykrzykiwał, że to nie on, ale Piłsudski będzie rządzić w Polsce.
I znowu, jak ćwierć wieku wcześniej więzienie we Wronkach, pobyt za kratami pomógł jego reputacji. W wyborach 1930 r. kandyduje do Sejmu, Senatu oraz Sejmu Śląskiego (na co pozwalała ordynacja) i odnosi potrójne zwycięstwo. Znów chroni go immunitet poselski i władze postanawiają go wypuścić. Nie będzie też oskarżonym podczas tzw. procesu brzeskiego.
Przez pięć lat miał spokój, ale gdy na początku kwietnia 1935 r. Sejm Śląski został rozwiązany, prokuratura wystąpiła z nowymi zarzutami: Korfanty miał oszukać Górnośląski Związek Przemysłowców na 19,5 tys. zł.
Tym razem nie czeka na policję. Uprzedzony o jej zamiarach 6 kwietnia jedzie z synem do Cieszyna, gdzie przekracza granicę polsko-czechosłowacką. Przez chwilę łudzi się, że po śmierci Piłsudskiego w maju 1935 r. władza pozwoli mu wrócić, ale to próżne nadzieje. Nawet gdy pozostawiony w Polsce najmłodszy syn Witold ciężko zachorował (a potem zmarł), Korfanty został uprzedzony, że będzie zatrzymany, jak tylko przekroczy granicę.
Po wkroczeniu Niemców do Pragi w marcu 1939 r. chroni się w ambasadzie Francji, a potem pod fałszywym nazwiskiem jedzie do Paryża samochodem jednego z dyplomatów. Idzie do polskiego konsulatu, ale rezygnuje ze starań o paszport, bo widzi, że konsulem jest oficer, którego spotkał w Brześciu. Z dokumentami na nazwisko Alberta Martina, obywatela Francji, leci do Kopenhagi, gdzie wsiada na statek do Gdyni. Tam czeka rodzina i garstka najbliższych przyjaciół.
Do Katowic przyjeżdża nocą. Idzie do prokuratury, mówi, że w obliczu zbliżającej się wojny nie mogło go zabraknąć w kraju, że dawne spory muszą odejść w niepamięć. Władze mają inne zdanie - z poleceniem zatrzymania Korfantego dzwoni do Katowic minister sprawiedliwości. 29 kwietnia 1939 r., nazajutrz po przyjeździe do Katowic, zostaje zabrany do Warszawy, o czym jako pierwsza informuje niemiecka radiostacja w Gliwicach.
Kierowane do premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego apele o uwolnienie Korfantego pozostają bez odpowiedzi. Z warszawskiego więzienia przy Pawiej Korfanty już nie wychodzi o własnych siłach - 20 lipca ciężko chorego polityka karetka przewozi do szpitala św. Józefa przy Hożej.
Gdy lekarze orzekają, że Korfanty w każdej chwili może umrzeć, sędzia śledczy Jan Demant podpisuje nakaz zwolnienia. Operujący go doktor Bolesław Szarecki rozpoznaje poważne uszkodzenie wątroby; ulica spekuluje, że to od oparów arszeniku, którymi rzekomo ktoś nasączył ściany jego celi.
Na ratunek jest już za późno. - No i widzi pan, jak mi Polska zapłaciła - zapamiętał ostatnie słowa Korfantego pisarz Juliusz Żuławski.
Umiera 17 sierpnia 1939 r. Trzy dni później żegnają go Katowice. Za trumną idą dziesiątki tysięcy ludzi, ale nie Grażyński.
2 września, gdy Wehrmacht podchodzi pod Katowice, wojewoda Grażyński wyjeżdża do Warszawy, a stamtąd przez Kuty do Rumunii i Francji. W czerwcu 1940 r. po klęsce Francji dociera do Londynu, gdzie obwinia premiera i naczelnego wodza generała Władysława Sikorskiego o to, że tak niewielu Polakom udało przedostać się do Wielkiej Brytanii. Wkrótce potem Grażyński wraz z innymi sanacyjnymi działaczami trafia do stworzonego na polecenie Sikorskiego obozu karnego na szkockiej wyspie Bute, znanej wśród Polaków jako Wyspa Węży - były wojewoda opuści ją po trzech latach.
Do Polski już nie wróci i wiele lat przebieduje w Anglii, zmagając się z chorobą Parkinsona. 10 grudnia 1965 r. w Londynie, nie zauważył nadjeżdżającej ciężarówki i zginął pod jej kołami.
Byłby może zadowolony, gdyby mógł zobaczyć stojący przed Urzędem Wojewódzkim w Katowicach pomnik Piłsudskiego, który zamówił w czasach, gdy był wojewodą, ale nie doczekał się jego wykonania. Z drugiej strony urzędu na postumencie stoi Korfanty. Na pomnik Grażyńskiego zabrakło miejsca.
Źródło: http://wyborcza.pl/alehistoria/1,132520,13847202,Wrog_Korfanty.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.05.05 13:09 ben13022 O co walczy Adam Bodnar? (Rzecznik Praw Obywatelskich)

Poczytam panu: "Zacznij bronić praw polskich obywateli, a nie innych, pseudorzeczniku" Lato 2015 roku. Płk Krzysztof Olkowicz dopiero co wyszedł spod pręgierza. Sąd uznał, że złamał prawo, bo jako szef Okręgowego Inspektoratu Służby Więziennej w Koszalinie zlitował się nad schizofrenikiem i zapłacił za niego 100 złotych grzywny, by mógł wyjść z aresztu, gdzie trafił za kradzież batonika. Olkowicz wie, że wyrok, choć publicznie uznany za farsę, kończy jego karierę w służbie publicznej.
Dzwoni do niego Adam Bodnar, którego Sejm głosami Platformy i SLD wybrał właśnie na rzecznika praw obywatelskich. - Przyjmie pan stanowisko mojego zastępcy?
Olkowicza zatkało. Zgodził się bez wahania. Siedzi przed telewizorem, ogląda przesłuchanie Bodnara w Senacie, które ma rozstrzygnąć jego losy. Jeden z senatorów PiS pyta Bodnara, czy jest osobą wierzącą.
To koniec, myśli wtedy Olkowicz, tego mu nie darują. Przeciwko głosuje klub PiS, atmosfera napięta, bo również senatorzy Platformy kręcą nosem, że Bodnar zbyt lewicowy, nie unika tematów aborcji, praw osób homoseksualnych, adopcji przez nich dzieci, in vitro. Jego kandydatura przechodzi dwoma głosami.
Olkowicz dostaje od Bodnara zadanie: sprawdzić jakość życia skazanych, w tym chorych psychicznie. Znajduje prawie sto przypadków jak ten: we Wronkach siedzi niepełnosprawny psychicznie, ojciec trójki niepełnosprawnych dzieci, mąż niepełnosprawnej żony. Groził sąsiadowi, kryminaliście, poszedł siedzieć na cztery miesiące. Olkowicz interweniuje, czeka na decyzję sądu.
Znajduje też kuriozalne sprawy. W więzieniu siedzi 82-latek. Jechał po pijanemu rowerem. Olkowicz odwiedza go za kratami, widzi dziadka, który płacze: wypił piwo, jechał rowerem, dostał grzywnę i zakaz poruszania się rowerem. Niedługo potem pojechał do sklepu, zapakował ziemniaki na rower i prowadził, by było lżej. Policja zawiozła go do aresztu, bo złamał "zakaz prowadzenia roweru". Olkowicz słucha staruszka, który żali się, że sam łapał złodziei na kolei, że żona mu wcześnie zmarła, dzieci wychował, chciał tylko sobie ziemniaków nagotować.
Olkowicz wychodzi od niego z mokrymi oczami, ale i wściekły. Wróciła mu wiara, że można zmienić system. Idzie zadowolony do Bodnara.
Bodnar z wyrzutem. - Dlaczego nie sprawdził pan reszty?
Olkowicz: - Pomyślałem: facet ma rację. Sprawdziłem wszystkie, okazało się, że większość podchodzi pod łamanie praw człowieka.
Ibisz mówi w telewizji
Rodzina Adama Bodnara ze strony ojca trafiła na Pomorze z Podkarpacia, w ramach akcji "Wisła". Matka pochodziła z rodziny chłopskiej, wielodzietnej, z Kieleckiego.
To matka dyscyplinowała go do nauki. Zdystansowana, zasadnicza. Ojciec ciepły, towarzyski. Ale to matka wszczepiła mu kult nauki i pracy. Bodnarowie mieli trochę ziemi - truskawki, ziemniaki, buraki. Pracowała przy tym cała rodzina. Gdy idzie do liceum, spiera się z mamą o PRL, krytykuje system bez wyjątku. Matka broni: awansu społecznego, obowiązkowej edukacji, mieszkań, pracy, opieki socjalnej. Bodnar tego nie rozumiał, słuchał Jacka Kaczmarskiego o więzieniach, strajkach, ZOMO, czytał Jacka Kuronia.
Podstawówkę i liceum kończy na piątkach i szóstkach. Gdy ma czwórkę, przeżywa to cała szkoła. Kujon? Nie, mówi, dyscyplina i ambicje. Dostaje się w liceum do Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, programu wspierającego młode talenty. Jeździ do Warszawy, poznaje profesorów, którzy dają mu do lektury Ajschylosa, Herodota. Jest pedantycznie zorganizowany, prowadzi kalendarz dnia, gdzie wpisuje nawet oglądanie "Teleexpressu". Słucha Depeche Mode, gra na komputerze, sportu raczej nie uprawia. Wybiera prawo, bo matka mówi, że musi być konkret, a Krzysztof Ibisz w telewizji, że dobra uczelnia to gwarancja sukcesu.
Studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, mieszka w akademiku. Na pierwszym roku współpracuje ze stowarzyszeniem Nigdy Więcej, by walczyć o prawne zakazy działania faszystowskich grup. Zostaje asystentem posła Unii Wolności, ale widzi cwaniaka - to go od polityki odrzuca.
Panie Boże, czy jechać do Budapesztu?
Zanim Bodnar powiedział senatorom, że nie wierzy, chodził do kościoła w Gryficach, a na studiach do warszawskiej św. Anny. Wciąga go młoda żona, którą spotkał na początku studiów. Jest ze Śląska, z pobożnej rodziny. Jej ojciec służy do mszy, rozdaje komunię. W kościele św. Anny Bodnar słyszy głębokie, intelektualne kazania, szczerze się modli, chodzi do spowiedzi. Ale gdy dostaje się na roczne studia na uczelni George'a Sorosa w Budapeszcie, żona mówi mu: ja albo Budapeszt. Wsparcia nie ma także od jej rodziny. Pyta o radę księdza w konfesjonale i słyszy: jechać, wola Boża.
Adam Szafrański, prawnik, znajomy Bodnara ze studiów, spytał go wtedy, czy przystąpi do wydziałowego kółka różańcowego. Wierzący studenci codziennie odmawiali tajemnicę różańca. - Jeszcze niedawno bym się zgodził, teraz już nie - odpowiada mu Bodnar tuż przed rozwodem.
Jeszcze przed Budapesztem trafia na staż do Weil, Gotshal & Manges, kancelarii prawnej o światowej sławie. Student na garnuszku rodziców dostaje dwa razy większą niż oni pensję.
Siedziba kancelarii jest na 20. piętrze biurowca Warsaw Financial Center. Rozmawiam z Piotrem Tomaszewskim. 15 lat temu był szefem Bodnara. Pochodzi z rodziny prawniczej, doświadczenia zbierał m.in. w kancelarii w Chicago. Wysoki, koło pięćdziesiątki, w markowym garniturze. Uśmiech i spokój wojennego negocjatora.
Trzeba uważać, bo można ciężko pracować dziesięć lat, a po jednym błędzie zniszczyć sobie karierę, reputację firmy, dlatego nie ma tu zbyt dużo miejsca na słabość. Adam idealnie się w to wpasował, był totalnie dostępny, zorganizowany, precyzyjny, szybko się uczył naszych zasad, nie ulegał przesadnie emocjom.
Bodnar: - Nie mogę powiedzieć o Piotrze złego słowa. Pamiętam, robiłem ważne zlecenie, a miałem chorego ojca. Powiedział: jedź do ojca, bo do końca życia będziesz żałował, że tego nie zrobiłeś.
Wymienialny
Swoje powodzenie w tamtych latach Bodnar tłumaczy skromnie fartem: - Załapałem się na rozwój rynku, zachodnie firmy były głodne młodych i wykształconych.
W kancelarii Weil, Gotshal & Manges zostaje rzucony na głęboką wodę: program emerytalny dla PZU Życie, wejście na giełdę PKO BP. Jest cały dla firmy w zamian za pieniądze, rozwój i atmosferę "we are the best". Gdy dostaje się na studia do Budapesztu, firma płaci mu przez rok studiów, ale podpisuje z nią cyrograf - wróci i odpracuje co najmniej trzy lata.
Mam wtedy też poczucie, że zarabiam przesadnie dużo, wydaję na fanaberie, koncerty, płyty. Czuję, że coś mi ucieka. Podczas studiów poznałem prof. Mirosława Wyrzykowskiego, Wiktora Osiatyńskiego, którzy mieli w sobie szczerość i mówili o prawach człowieka - to mnie pasjonowało. I choć prowadziłem z tego zajęcia na uczelni, było to tak daleko od mojej pracy.
Przełomem jest moment, gdy Bodnar po przygotowaniu prospektu emisyjnego PKO BP dostaje kartkę świąteczną od pracownicy banku. Pomyślał, że na kartce mogłoby być nazwisko innego prawnika, że jest wymienialny.
Prof. Osiatyński mówi mu: jest taka fundacja. Bodnar coś tam słyszał, ale nie za bardzo. Rzuca kancelarię w 2004 roku, gdy zarabia 200 tysięcy złotych rocznie. Rzuca świat adrenaliny, drogich gadżetów, zachcianek i zamienia na dwa razy mniejszą pensję w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która jest organizacją pozarządową, finansowaną z dotacji.
Tomaszewski: - Byliśmy trochę źli, gdy odchodził. Ale drugiej takiej osoby, która odrzuciłaby nasz świat dla takiej jak on idei, już nigdy nie spotkałem.
Bodnar: - Czasami myślę, że byli źli, bo może sami chcieli to rzucić. Przecież nie są maszynami. Ale nie mogą, bo adrenalina, bo "pociąg już odjechał", bo wpadli w kredyty, żal gadżetów, wakacji na antypodach, dobrych szkół dla dzieci.
Obrona Starucha i CIA
Pytam Bodnara, co pchało go do świata pomocy innym, społecznikostwa. Długo się zastanawia. - Na początku, na studiach, byłem raczej technokratą. Bardziej zajmowały mnie procedury prawne niż los ekspedientek w Biedronce.
Ale gdy jeszcze przed fundacją odbywał staż rządowy w Strasburgu i bronił interesów Polski przed roszczeniami obywateli, wiedział, że stoi po złej stronie barykady. - Bo to obywatele mieli rację, im należała się pomoc. Źle się tam czułem.
W Helsińskiej Fundacji tworzy program spraw precedensowych. Zrobił tabelkę spraw do rozwiązania: zniesławienia z art. 212 kodeksu karnego, opresyjne tymczasowe aresztowania, przeludnienie w więzieniach. W kilka tygodni orientuje się, że to jego świat, bo tak wiele do zrobienia. - Czytam skargi, wnioski, spotykam się z ludźmi i widzę bagno jeśli chodzi prawa człowieka w Polsce.
Poznaje A.M., która straciła dziecko przy porodzie w więzieniu, bo nie przyszedł lekarz na czas, a i tak był nim dermatolog. Barbarę Wojnarowską, matkę dwójki niepełnosprawnych dzieci, której lekarze odmówili badań prenatalnych. Fundacja idzie do Sądu Najwyższego, ten przyznaje kobiecie odszkodowanie. Angażuje do tych spraw rzeszę prawników, którzy pracują pro bono.
Gdy policjant zostaje zwolniony z więzienia, ale ma siedzieć przez weekend, bo poczta nawala, Bodnar chwyta za słuchawkę, dzwoni do dyrektora aresztu - policjanta wypuszczają.
HFPC z Bodnarem wygrywają w Strasburgu sprawę Marszu Równości w Warszawie, którego zakazał Lech Kaczyński. Kilka miesięcy później zakazał go w Poznaniu Ryszard Grobelny. Też wygrywają. Efekt - dziesięć lat później nowe prawo o zgromadzeniach, które odpowiada standardom demokratycznym. Nikt od tamtego czasu nie odważył się zakazać marszu.
Gdy policjant z HIV zostaje odsunięty od służby, Bodnar idzie do Trybunału Konstytucyjnego, wygrywa.
Broni przywódcy kibiców Legii Warszawa "Starucha". Uznał, że zatrzymanie było "polityczno-prewencyjne". Ma rację, "Staruch" zostanie uniewinniony, a Bodnar zbierze punkty u prawicy, która ze "Staruchem" sympatyzuje.
Bodnar pracował w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka dwa miesiące, gdy w 2004 roku na swoim biurku zobaczył CV Dominiki Bychawskiej, studentki prawa. Posadził ją w malutkim pokoju, wyjął komputer i pokazał prezentację programu spraw precedensowych, którymi miała się z nim zajmować.
Były ciężkie momenty, gdy płakałam, bo był bardzo wymagający, miał szybkie tempo pracy. Widać to teraz - śmieje się Bychawska - gdy został RPO. - W fundacji tempo zwolniło, jest mniej korpo. Skupiamy się na trzech zadaniach, nie dziesięciu, nie ma wyciskania z człowieka każdej kropelki, nie ma telefonów w nocy albo w święta. Bodnar przyniósł świat korpo - marynarki, krawaty, a w innych takich organizacjach są swetry, trampki. Ale to Adam nauczył mnie etyki pracy, dokładności. Nie wiem, skąd bierze paliwo, wolę zmieniania świata. Zobacz, mówił zawsze, gdy wątpiłam w sens jakiejś sprawy, każda taka mała wygrana sprawa to mała zmiana świata.
Bardzo się cieszy z tych małych spraw. Gdy dostał podziękowanie z przedszkola za pomoc w programie integracji z niepełnosprawnymi, powiesił je na ścianie.
Ale największa sprawa HFPC to więzienia CIA. Przeciwko fundacji występują wtedy politycy, nawet dziennikarze, a Bodnar domaga się ujawnienia informacji o więźniach trzymanych i torturowanych przez CIA w Kiejkutach. Wkroczył prokurator, ruszyło śledztwo, pojawili się pełnomocnicy torturowanych.
Bierze z biurka konstytucję, czyta na głos fragment preambuły. - "...Pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność...". Albo mówimy wszystko, albo ten zapis jest dla wybranych.
Prof. Maria Frankowska z Uniwersytetu w St. Louis, matka znajomej Bodnara z czasów kancelarii Weil, Gotshal & Manges, jest dla niego intelektualną matką. Opowiada o Bodnarze i patrzy w okno melancholijnie, jakby wspominała jego dzieciństwo.
Bodnar, jak mówi Frankowska, jest szalenie ambitny, przez to może rozbija swoje rodziny, ale: "Lepiej zrozumiemy świat, gdy przyznamy, że wszyscy wokół są szaleni" - Frankowska cytuje mi Marka Twaina.
Bodnar rozstaje się z drugą żoną, z którą ma dwójkę dzieci, ale pokojowo. Zauważa później, że łatwiej mu teraz zrozumieć ojców, którzy walczą o opiekę nad dziećmi.
Gdy jeden z mężczyzn nie mógł widywać się z córką, Bodnar poszedł ze sprawą do Strasburga. Wygrał, osobiście zawiózł ojcu list.
Rzecznik, Strasburg, prezydent
Karolina Bodnar ma własną praktykę prawniczą. Specjalizuje się m.in. w prawie rodzinnym, współpracuje pro bono z Centrum Praw Kobiet i Helsińską Fundacją Praw Człowieka.
Ktoś mi powiedział o Adamie: jest tak skuteczny, bo nie ma empatii. Nie wiem. Bo... chyba tak dobrze go nie poznałam, a może nie mogłam lub nie umiałam. Niewiele spędziliśmy razem czasu, nie potrafił. Głowę miał ciągle w pracy. Kiedyś pojechaliśmy na dwutygodniowe wakacje, wytrzymał z dziećmi tylko tydzień, wszystko go drażniło. Nie jest narcyzem zapatrzonym w siebie, ale potrafił się obrazić, złapać focha. Czasami lubiłam z niego pożartować, nie cierpiał tego. Nasze małżeństwo rozpadło się, choć próbowałam, dawałam wiele szans. Problemem nie były inne kobiety. Miałam wrażenie, że małżeństwo traktował jak projekt. Gdy już nie chciałam, namawiał: no daj spokój, przecież jest dobrze, nie rozumiem.
Związek rozpadł się z powodu jego całkowitego oddania pracy, idei. Byłam w dziewiątym miesiącu ciąży, nadzorowałam ekipę budowlaną, robiliśmy remont mieszkania. Jak w końcu przyszedł, robotnicy zapytali: a pan do kogo?
Kafelki? Wybierz, mnie wszystko jedno. Wakacje? Tam gdzie wybierzesz. Nie mieliśmy wspólnoty przeżyć.
Jako intelektualista odnalazł się w prawach człowieka, bo jest szlachetny, ale też uważał, że prędzej zrobi karierę w tym temacie. Już dziesięć lat temu mówił, że marzy mu się rzecznik praw obywatelskich, potem sędzia Trybunału w Strasburgu. Mama Adama marzyła, by został prezydentem, a jego brat generałem wojska. W przypadku obydwu jest już blisko. Czy bym na niego zagłosowała, gdyby kandydował na prezydenta? Bez wahania. Ma moralną busolę, szacunek do zasad, pasję. Wszystko totalne.
Bodnar zastanawia się, patrzy na mapę z kolorowymi szpilkami, która wisi w gabinecie RPO. Choć jest rzecznikiem, od sierpnia zjechał już całą Polskę, wysłuchuje ludzi, zbiera ich problemy, jak ostatnio w Białymstoku, gdy słuchał o mniejszościach wyznaniowych, jak w Świnoujściu, gdy mężczyzna opowiedział mu o problemach z orzecznictwem chorób zawodowych. Cały czas w drodze, w samochodzie, w pociągu albo w biurze.
5.47, SMS od rzecznika
Prof. Monika Płatek mówi mi z przymrużeniem oka, że były dwie kandydatury, które najlepiej nadawały się na stanowisko rzecznika praw obywatelskich: jej i Bodnara. Ale przyznaje, że Bodnar ma nad nią przewagę: nie czekał na poparcie, zgłosił się i poddał ocenie organizacji obywatelskich. - To nie człowiek, który leci na stanowisko. Znam go, pracuję z nim na uczelni. Ma ambicje, ale i dużo pokory. Prof. Ewa Łętowska zapoczątkowała okres, gdy rzecznik nie był lubiany przez władzę, Bodnar będzie to kontynuował.
Płatek jest pytaniem zdumiona: - Ależ Bodnar porzucił miraż!
Gdy Bodnar zostaje rzecznikiem, zaczyna od wielkiego spotkania z blisko 300 osobami w wynajętym kinie. Łączy się telekonferencyjnie z biurami terenowymi, na ścianie pokazuje prezentacje o reformach biura. Do RPO, podobnie jak wcześniej do HFPC, wjechało korpo.
Polecenia od Bodnara w biurze idą od rana Facebookiem, mailem, SMS-em. Pracownicy prowadzą codzienny ranking: kto otrzyma najwcześniej, tego sprawa jest najważniejsza.
Andrzej Stefański, dyrektor projektów regionalnych w biurze RPO, dostał o 5.47: "Jest sprawa hejtu Joanny Grabarczyk. Proszę spojrzeć na jej profil. Niefajnie się z tym czuję, trzeba coś zrobić". Jeśli SMS przychodzi dopiero o 7.00, sprawa ma niski priorytet. W sobotę o 6.00 rano pracownicy otrzymali maila, by zająć się sprawą mężczyzny, który żyje z synem w trudnych warunkach, pisze o tym sobotnia gazeta lokalna w Gdańsku. Stefański w głowę zachodził, skąd Bodnar o tym wiedział, bo przecież był na konferencji w Hiszpanii. O godzinie 23.50 w sobotę Bodnar dostał odpowiedź: odwiedziliśmy go, nawiązaliśmy kontakt z urzędem.
W ciągu kilku dni w styczniu twittował, esemesował o: uregulowaniu statusu mieszkań na gruntach spółdzielczych, zmianie prawa dotyczącego stwierdzenia zgonów, związkach zawodowych dla pracujących na śmieciówkach, odszkodowaniach dla osób represjonowanych za działalność po 1946 r., niepełnosprawnych w więzieniach, dzieciach chorych na dyskalkulię, które nie są w stanie uczyć się matematyki.
Ma dziesięć osób, które zajmują się skargami kasacyjnymi, przeglądają blisko 3 tys. spraw. Bodnar chciał więcej ludzi, ale PiS właśnie mu zabrało 3 mln zł z 38 rocznego budżetu.
Patrzy w sufit: - Miałem jednego profesora, miły człowiek, ale w Senacie mnie atakował.
Otwiera komputer. - Nie widziałem jeszcze za mojego życia takiej nienawiści. Poczytam panu: "Zacznij bronić praw polskich obywateli, a nie innych, pseudorzeczniku". Jest imię, nazwisko piszącego, widzę, że mieszka w Kielcach. "Nie chcę być obywatelem takiej Polski, w której taki jak pan działa, sram na nią, bo przez 50 lat takie bydlaki, świnie okradały naszą Polskę. Niech ta muzułmańska banda obetnie wam wasze łby i zgwałci wasze dzieci". Jest imię, nazwisko, zdjęcie, są znajomi.
Na portalu, który ma w nazwie "christiana", czytam, że Bodnar daje "posłuch lewackim podszeptom". Ale próbuje mediować także w Kościele. W Poznaniu jest na spotkaniu z anarchistami, następnego dnia idzie do arcybiskupa.
Szykujemy się do wyjścia z kancelarii przed 22.00, rozjedziemy się metrem. Bodnar, gdy może, zostawia służbowy samochód. Nie chce, jak mówi, zepsuć się przywilejami. Zgodził się poświęcić mi pół dnia, choć innego zwijał się wcześniej, by odebrać synów ze szkoły.
Przysiada na krawędzi fotela, przeprasza, bo jeszcze wysyła w nocy SMS-y do pracowników, zadania na następny dzień. Zaciska zęby: - Cholera, no, spokoju mi nie daje, że nie damy rady sprawdzić tych 3 tysięcy spraw z kasacjami. Przecież gdzieś mogą siedzieć ludzie niewinnie skazani.
CV Adam Bodnar
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/1,151083,19706709,o-co-walczy-adam-bodnar.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2015.08.19 13:51 4pietrowydrapaczchmu Czy JOW w Polsce do dobry pomysł?

Czym są Jednomandatowe Okręgi Wyborcze? Jak działają? Zwykłemu Polakowi trudno odpowiedzieć na to pytanie bo w Polsce zamiast porządnej merytorycznej dyskusji mamy propagandę.
Na JOW składają się w zasadzie tylko 3 punkty: 1. Kraj zostaje podzielony na tyle okręgów, ile jest mandatów do obsadzenia przy czym okręgi te dzielone są po równo wg liczby uprawnionych do głosowania. 2. Każda z partii/komitetów wystawia tylko jednego kandydata. 3. W każdym okręgu kandydaci rywalizują o jeden tylko mandat – dostaje go kandydat, który dostanie najwięcej głosów wyborców.
Wszystko inne to dodatki. Dodatkami są np odwołanie polityka, odpowiedzialność majątkowa, brak immunitetu, referenda, limity na reklamę, brak finansowania partii z budżetu. Opcje te można dodać lub odjąć od każdego systemu wyborczego. Również do obecnego.
Zatem co gdyby do obecnego systemu wprowadzić np. zasady: - nie ma rozróżnienia na listy wyborcze i nie ma pozycji na liście (numerów) - zmniejszyć limity podpisów do zebrania, pozycji na liście do wypełnienia - znieść ustawę kwotowo-parytetową (która to naprawdę bardzo daje sie we znaki małym partiom) - osoba startująca z danego okręgu musi od dłuższego czasu w nim mieszkać (by znać potrzeby lokalnej ludności i problemy które trzeba rozwiązać) - możliwość odwołania polityka, odpowiedzialność majątkowa, brak immunitetu - politycy nie mogą zmieniać partii w trakcie kadencji - obligatoryjne i wiążące referenda - kategoryczna równość w mediach (gazetach, radiu i telewizji) - tyle samo reklam i czasu antenowego (bez promocji w mediach i pieniędzy na nią nawet w JOWach jest bardzo ciężko sie przebić)
Co wtedy? Czy obecny system nadal byłby taki zły i trzeba by wprowadzać JOWy?
Także potrzebna jest prawdziwa debata. Wg mnie najpierw trzeba ustalić punkt po punkcie wady obecnego systemu i zastanowić sie nad nimi. Co da sie zmienić i w jaki sposób a co nie. Potem zebrać wszystkie ciekawe ordynacje wyborcze i również ustalić ich wady oraz zalety. Dopiero wtedy będzie widać co dla nas jest najlepsze. Nie podoba mi się wciskanie na siłę jednego systemu jeśli nie znamy innych ciekawych. Tym bardziej w taki nachalny sposób w jaki to robią zwolennicy JOW w stylu angielskim.
Poza tym dwa najważniejsze (moim zdaniem) pytania dotyczące JOW: 1. Podobno JOW odrzuca skrajności i często wygrywają "ludzie środka". Zatem kandydat który proponuje konkretne zmiany np. reformę KRUS, emerytalną czy ograniczenie liczby urzędników nie ma szans bo zostanie przez te środowiska zablokowany (osoby z tych środowisk bedą głosować na oponenta tak jak dziś głosują za PO i PIS). Więc skoro w JOW wygrywają kandydaci populistyczni to jak Polska ma sie z nimi zmienić? 2. Wszyscy wiemy że Polska potrzebuje głębokich zmian. Tego nie zapełnia nam obecnie rządzący. Zatem czy w JOW małe partie/politycy niezrzeszeni summa summarum będą miały łatwiejszą czy trudniejszą drogę do objęcia władzy? Osobiście wydaje mi sie że znacznie trudniejszą. Nawet jeśli zmniejszy im sie obszar oddziaływania kampanii do małego okręgu.
Na podstawie argumentów zwolenników JOW:
- Obecnie obywatele nie mogą startować w wyborach (lub mają to znacznie utrudnione). To kłamstwo. Jest mnóstwo małych partii z postulatami których kandydat może się zgadzać a one chętnie go przyjmą bo muszą zapełnić listy wyborcze. Obecnie małym partiom jest tak ciężko że dają nawet ogłoszenia do gazet lub robią to z łapanki. Mają nap[rawdę olbrzymie problemy z zebraniem odpowiedniej ilości chętnych. Wcale nie jest tak wiele osób które faktycznie palą się do startowania. Nie jest im łatwo bo muszą zebrać aż 920 osób. Szczególnie kobiet (parytety są olbrzymim utrudnieniem dla małych partii). Znalezienie kobiety chcącej startować to skarb. A to wszystko w ramach tylko jednaj partii! Demokracja Bezpośrednia dla przykładu ma bardzo duże kłopoty aby zebrać odpowiednia grupę swoich przedstawicieli do jesiennych wyborów. A to przecież partia z którą prawie każdy może się utożsamiać. Poza tym często tworzą się listy bezpartyjnych. Poza tym w JOW byłby taki kandydat skazany na siebie a w partii, organizacji, zrzeszeniu czy innym tworze może liczyć na pomoc.
- Będzie mógł startować każdy obywatel... po wpłaceniu zaliczki (w propozycji Ruchu JOW jest to 10 podpisów + kaucja na poziomie pensji minimalnej zwrotna po wyborach jeśli przekroczy bodaj 2%) Już teraz może. Naprawdę trzeba „mieć zły dzień” by wierzyć że ktoś kto nie jest w stanie zebrać powiedzmy 5000 podpisów po zebraniu 10 nagle wystartuje w wyborach i zbierze tyle głosów by je wygrać (czyli 30 do 50% głosów z okręgu). Z czego? Bez środków na kampanie i bez wsparcia mediów. Dodam więcej. Ta kaucja zabierze mu cześć pieniędzy które mogły by mu się w tym czasie przydać. Uszczupli jego budżet na ten ważny w końcu czas.
-Ok Ale skoro może startować każdy zebrawszy tylko 10 głosów od rodziny to Kandydatów również może być wielu. I tu jest kolejny słaby punkt zwolenników JOW którzy twierdzą że ograniczają one ilość kandydatów i dzięki temu ta garstka jest wtedy bardziej znana. Przytłaczająca większość osób nie wie absolutnie nic o kandydacie na którego POSZLI ZAGŁOSOWAĆ! Większość osób głosuje na tego kogo zobaczy na plakatach, kto jest najbardziej rozpoznawalny, z ... właściwej partii i kompletnie nie czytają jego „CV” lecz polegają na tym kto coś tam im szepnie lub na tym co powiedzą w TV. Ale załóżmy że jakiś miejscowy Polityk wejdzie do sejmu. Co on tam jeden samiutki orzeszek zdziała? Chyba tyle co Korwin w europarlamencie – tyle jego że sobie przemówi z ambony. W innych krajach które wprowadziły JOW na początku faktycznie chętnych mogło być więcej jednak juz po pierwszych wyborach zapał ludzi się studził.
Także 1 postulat koronny jest co najmniej śmieszny bo co po tym zwykłemu obywatelowi? Zwykły obywatel nie będzie chciał startować a ten który chce już teraz ma sporo możliwości.
Im więcej antysystemowców tym większe rozproszenie głosów elektoratu na wiele podmiotów i mniej szans że uda im się wejść do rządu w obecnej postaci wyborów (czyli przy 5% poparcia) a co dopiero przy JOW Angielskim (w Australijskim trochę łatwiej). Przypominam że właśnie dlatego ostatnimi czasy podziemnaTV promowała połączenie sie wszystkich partii Antysystemowych w jedną i start z jednej listy do wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Dlatego za nieporozumienie uważam promocję bezpośredniości i czynnego prawa wyborczego. To tylko rozdrobni jeszcze poparcie dla tych partii. Ci co głosują na PIS czy PO nadal będą a nie głosować natomiast poparcie dla mniejszych partii będzie jeszcze bardziej podzielone dla szkody na rzecz Polski i zmian jej potrzebnych.
Ok Ale powiedzmy że do sejmu jakimś cudem dostała sie spora grupa bezpartyjnych (np 20% składu). Nie było by łatwo stworzyć rząd który przetrwa kadencje. Ile lodów trzeba by ukręcić dla bezpartyjnych aby ci zgadzali się na nasze postulaty? Łapówka za łapówką. Rząd byłby niestabilny więc Polska była by politycznie niestabilna a mediach było by jeszcze mniej prawdziwych informacji a więcej tematów zastępczych i afer (jak to się nie mogą dogadać). Opozycji będzie jeszcze łatwiej kopać dołki i osłabiać w ten sposób Polskę. Wystarczy przypomnieć sobie czasy rządów PIS, Samoobrony i LPR z 2016 roku. W Anglii czy Australii może działa to dobrze jednak trzeba pamiętać że oni mają inna klasę polityczną i inne wpływy a Polska to poligon dla Niemiec, Rosji i USA i że tak naprawdę komuna sie u nas trzyma bardzo dobrze. To co w innych państwach działa dobrze na naszym podwórku może działać fatalnie.
Jednak oczywiście takiego rozdrobnienia nie będzie gdyż JOW doprowadza do dwupartyjności. Zresztą sam Kukiz przyznał że JOW prowadzą do systemu dwupartyjnego: https://www.youtube.com/watch?v=2NteZIQPDsk&feature=youtu.be&t=840 (ps. Zobaczcie jak Kukiz zgrabnie zmienił temat i z rozmowy na argumenty przeskoczył na gatkę o dzieciach i dobra kraju) Zresztą nie tylko on. To samo przyznają Korwin i Kaczyński. Zastanawiam się gdzie w tym są zmiany których tak w Polsce potrzebujemy. To zabetonowanie sceny politycznej. Doprowadzenie do systemu dwupartyjnego czyli https://pl.wikipedia.org/wiki/Prawo_Duvergera Bo co z tego że każdy będzie mógł startować jeśli bez zaplecza, bez pomocy, bez finansów i bez dostępu do mediów nie będzie miał szans na wygranie w swoim (niby małym) okręgu? Wygra tylko celebryta taki jak Kukiz lub jakiś lokalny "baron" bo nikt nie będzie chciał głosować na kandydata nieznanego którego widzi pierwszy raz na oczy.
- Aktualnie ¾ wszystkich osób zasiadających w sejmie pochodzi z 2 pierwszych miejsc z list wyborczych. Dzięki JOWom te wszystkie partyjne aparatczyki zostaną wymiecione. Ok A kto obecnie zabrania głosowania na niższe miejsca? Nawet w tym systemie wygrywa ten kto dostaje najwięcej głosów z listy. Równie dobrze może być z miejsca 10. Ale ludzie głosują i będą głosować na znane twarze. Chyba ze wreszcie się zreflektują ale do tego wcale nie trzeba zmieniać ordynacji lecz edukować ludzi. Przypominam. To od nas zależy kto wchodzi do sejmu. Wcale nie musimy głosować na klakierów politycznych z 1 czy 2 miejsc ale to robimy. Jeśli teraz to robimy to dokładnie to samo będzie przy JOW tyle że wybór klakierów będzie mniejszy. Przecież przy JOW będzie dwubiegunowość i kandydat na którego mamy głosować i tak będzie wybierany przez partie a duże partie i tak wygrają. Mali nie będą mieli szans. Niektórzy twierdzą że oddanie głosu na mła partię jest głosem straconym. Jeśli teraz jest to co dopiero mówić o JOWach.
- Posłowie będą zależni od nas a nie od szefów partii. To bujda. Jeśli polityk nie wywiązuje się ze swoich obowiązków to w Anglii podobno następnym razem nie jest wybierany. A jak jest teraz w PL? Jeśli ludzie są mu przeciwni to partia wystawia innego kandydata. I dokładnie to samo dzieje się w Anglii, Kanadzie czy USA i partie się nie zmieniają. Potrzeba by w Polsce duzo czasu aby jedna z tych 2 partii została zamieniona przez inną. Tym bardziej że JOWy bardzo mocno promują duże partie z wielkimi funduszami.
Jednak w JOW partia faktycznie musi dbać o kraj i postulaty społeczeństwa - i nawet jeżeli zostają dwie przeciwstawne partie - to one muszą prezentować program zgodny z jak największą częścią społeczeństwa i działać na jego rzecz - inaczej zaczynają tracić poparcie na rzecz konkurenta. Jednak czy chcemy mieć u siebie system dwupartyjny jak w USA? Oczywiście nas i USA nie powinniśmy porównywać gdyz są to zupełnie inne podłoża polityczne i historyczne i jak wspomniałem w każdym kraju JOW mogą mieć inny bieg jednak wiecie że w USA oprócz partii Demokratycznej i Republikańskiej istnieją tez inne? Jakoś trudno im sie przebić nieprawdaż? W Polsce mogło by sie zdarzyć rzecz podobna i duże partie (lub partia) mogły by panować naprawdę długo (wspomniany efekt głosowania na lepsze zło które ma większe szanse pokonać to gorsze zło zamiast na inne lepsze rozwiązania). Już teraz tak mamy a wyobraźmy sobie że małym partiom w JOW jeszcze trudniej się przebić. Nie mogą nawet wykorzystać efektu stopniowego zwiększenia popularności bo jest mniej widoczna niz teraz. Przykładowo jeśli teraz partia w jednych wyborach zdobędzie 2% drugich 4 potem 5 dalej 7 to w sondażach widać wzrost i ludzie zastanawiają sie nad zagłosowaniem jako realnej alternatywie (skorzystał na tym Kukiz) natomiast w JOW jest to mniej widoczne bo i tak do wygrania w okręgu sporo brakuje więc trudniej sie przebić.
*- W systemie proporcjonalnym większość posłów wchodzi na plecach lokomotyw. * W systemie większościowym też większość wchodzi na plecach lokomotyw bo zostają wybrani tylko dlatego, że reprezentują daną partię (która jest utożsamiana z liderem). Mali, niezależni kandydaci nie mają szans konkurować z dużymi partiami.
- JOW przenosi nacisk z lojalności wobec centrów partii na lojalnością wobec lokalnego okręgu , a partyjni wodzowie tracą podstawowy mechanizm czynienia wybrańców narodu uległymi ("uważaj, bo nie znajdziesz się na listach"). Nawet jeżeli JOW doprowadziłyby do powstania systemu dwupartyjnego, to byłyby to już inne, mniej wodzowskie partie niż obecnie." Tylko ze nikt nie wie jak to będzie wyglądało w Polsce a gdy już wprowadzimy te JOW i okażą sie klapą dla obywateli to już tak łatwo nie cofniemy tej ordynacji.
Jeśli zarządowi partii nie podobały by się działania polityka i próbowali by go usunąć lub zastraszyć mógłby powiedzieć im: „a całuj mnie tu i tam. Ja mam za sobą swój okręg wyborczy, to mnie tam wybrali”. Taki polityk musi wiedzieć że część jego elektoratu (zapewne bardzo duża część) głosowała na niego tylko dlatego gdyż wywodził sie z danej partii. Zresztą odwrotnie tez bywa lecz rzadziej. Pewnie zdarzy sie czasem że jakiś polityk zasłuży na swoje zaufanie i wyborcy pójdą za nim gdy ten wyjdzie z partii jednak zwolennicy JOW twierdzą że będzie tak zawsze i wszędzie oraz że pójdą za nim wszyscy (a przynajmniej to właśnie sugerują). Mogą oni oczywiście dawać przypadki pojedynczych polityków jak np. Churchill jednak to będą przypadki specjalnie wyselekcjonowane tylko po to by potwierdzić swoją tezę. Sugerował bym raczej zebranie wszystkich tego typu wydarzeń i wyciągnięcie konkretnych wniosków.
oraz… „Każdy człowiek ma inne poglądy polityczne. Partie to organizacje zrzeszające ludzi o podobnych poglądach (w teorii). Jest to pewien sposób kategoryzowania ludzi względem wartości jakie wyznają. W sytuacji gdy głosujesz na konkretnego człowieka jest trudniej. Raz, że musisz poznać jego poglądy a dwa, że w Twoim okręgu może nie być nikogo, kto by miał taki sam pomysł na państwo co Ty. Jeszcze jest inna opcja - ktoś taki może być, ale z racji tego, że głosi niepopularne hasła (np. koniec z zasiłkami) to zagłosuje na niego niewiele osób. Jeżeli będzie ich mniej niż 50% to głosy na tę osobę są zmarnowane. W rezultacie w sejmie będą zasiadali posłowie a ich poglądy nie będą odzwierciedlały poglądów społeczeństwa.”
Bardzo możliwe jest że nasz kraj podzieli się na okręgi PiSowskie, POwskie, oraz kilka okręgów przechodnich. Dokładnie to dzieje się w US czy UK. Istnieje tam dość duża liczba okręgów w których nie opłaca się nic robić bo i tak wygra dana partia. Bo w JOWach jest wszystko albo nic, nie ma znaczenia czy jako drugi miałeś 30%, czy 5%. I tak masz 0% bo byłeś drugi. To jeszcze bardziej zniechęci ludzi do polityki. "Teraz każdy głos się liczy - jeśli chociaż trochę więcej wyborców PiS pójdzie w Szczecinie zagłosować to mogą wywalczyć dodatkowy mandat. W JOWach nie mieliby szansy na nic więc jaki byłby sens ich wychodzenia z domu? PO tam nie przebiją ale w obecnym systemie mogą chociaż powalczyć o inne proporcje. W systemie proporcjonalnym każdy głos się liczy. Ma znaczenie to czy PO wygra mając 90% czy 60% czy 30%. W JOWach nie ma to absolutnie żadnego znaczenia więc jeśli jakiś okręg jest "safe" dla danej partii to jej przeciwnicy nie mają powodu, żeby w dniu wyborów ruszyć się z domu"
- Gdy dana partia wygrywa i rządzi samodzielnie (bez koalicjanta) to wszystkie niepowodzenia spadają na jej barki. Nie może się zasłonić brakiem zgody koalicjanta. To dobrze ale w ciągu ostatnich kilku lat mieliśmy bardzo dużo afer które Tusk jako szef rządu brał na klatę a PO? PO nadal ma spore poparcie. Tu chyba więc sprawdza się zasada że co dobre gdzie indziej wcale nie musi być dobre u nas. Mamy inne warunki, inna kulturę społeczną i innych wyborców i długo się jeszcze to nie zmieni.
- wyborcy na drugi dzień po wyborach wiedzą jak wygląda rząd który może normalnie pracować. Teraz po wyborach trwają targi z koalicjantem a w JOW targi trwają przed wyborami (juz wspominałem). To dobrze bo głosujący przynajmniej wie co dane partie ustaliły. Tylko czy po wyborach bedzie to przestrzegane? Mieszkamy przecież w Polsce a nie Anglii.
- W Polsce istnieją powiaty które nie mają w sejmie swojego posła natomiast taka Warszawa ma ich dużo za dużo. To okręgi JOW nie dzieli się czasem wg liczby mieszkańców? "Kraków będzie podzielony na 10 okręgów, Warszawa na 20 ale posłów i tak będą z tych miast dużo. Za to okręgi na prowincji to będą całe powiaty albo nawet ich grupy (najmniejsze powiaty mają po 20 tys. ludności). Czyli podział na JOWy kompletnie nie będzie odpowiadał realnym podziałom społeczno-geograficzym. A zwycięzca może być tylko jeden. Wielomandatowe duże okręgi są w stanie jakoś-tam oddać zróżnicowanie (także terytorialne) poglądów ich mieszkańców. Jednomandatowy okrąg złożony z kilku powiatów będzie trwale wykluczał niektóre z nich.
Poza tym symptomatyczne jest, że piewcy JOWów tak bardzo skupiają się na procedurze wyboru kandydata, że zapominają o prostym fakcie: wyborcy zależy na tym, by mieć możliwie realny wpływ na władzę. A ten realizuje się nie przez wybór posła ale przez to co ów poseł może zdziałać w sejmie. A w sejmie działają partie (ew. ich frakcje), a nie jednostki. Cóż z tego, że wybiorę sobie wybitnego posła, skoro w realnym działaniu nic nie będzie znaczył?
W sytuacji JOW wyborcy mogli by od takiego swojego posła czegoś oczekiwać a teraz nie mogą. Innymi słowy poseł mógłby przekupywać ludzi np. wybudowaniem drogi co dzieje się w Anglii czy USA i wcale nie jest takie złe bo co prawda ludzie dostają ochłapy za głos ale przynajmniej coś dostają dla swojego okręgu a obecnie nie mogą żądać niczego. To trzeba zmienić.
Tylko czy w sytuacji w której trzeba uzdrowić Polskę (prawo, gospodarkę, szkolnictwo i wiele innych rzeczy na poziomie kraju) warto jest się rozmieniać na drobne dostając coś w swoim okręgu podczas gdy w Polsce będzie działo się źle?
Poza tym.. Czy dobrym jest gdy partia która posiada kilkanaście % poparcia w Polsce jednak nie skupione w kilku okręgach lecz rozproszone po całym kraju nie dostaje się do sejmu? Bo taka sytuacja może się zdarzyć. W zasadzie zdarza się w Anglii. Dlatego duża część obywateli Wielkiej Brytanii jest przeciwna JOW. Czemu? Np. w ostatnich wyborach UKIP zebrał 13% głosów społeczeństwa (4mln głosów) i zamiast 80 mandatów (gdyby mieli nasz system proporcjonalny) zdobył 1 (tak jeden) mandat do izby gmin. To jest ta sprawiedliwość? Czy posiadanie własnego posła ze swojego okręgu jest bardziej sprawiedliwe niż anulowanie głosu kilkunastu procent społeczeństwa? A mówię tu tylko o jednej partii.
Dodatkowo ważną kwestią jest co wyborcze dostosowanie granic okręgów co w Polsce na pewno doprowadzi do wielkich sporów lub Gerrymanderingu. Nie będę sie tu rozpisywał i odeśle do filmiku z YT który opisuje tą wadę JOW (można włączyć polskie napisy): https://www.youtube.com/watch?v=YcUDBgYodIE Obrazek po polsku: http://i.imgur.com/av0xL3f.jpg
Podsumowując: "Wszystkie systemy wyborcze mają swoje wady, dziwactwa i anomalie. JOW-y są fajne ze względu na prostotę i mocny związek wyborcy z wybieranym ale tylko na pierwszy rzut oka. Gdy przyjrzeć się bliżej to już nie jest tak różowo. Rozproszone geograficznie głosy są nadreprezentowane. Lokalnie mocne ugrupowania są nad reprezentowane. Głosy lokalnych mniejszości są tracone. System jest też wrażliwy na manipulowanie granicami okręgów. Z praktyki (USA czy Anglia) widać, że preferowany jest duopol dużych partii.”
Na koniec link do najlepszej moim zdaniem strony tłumaczącej JOW (inne to sama propaganda) http://stv.org.pl/o-systemach-wyborczych/systemy-wiekszosciowe-jow/ A czemu jestem przeciwny STV i innym tego typu odmianom jak np. ordynacja ocenowa? https://pl.wikipedia.org/wiki/Ordynacja_ocenowa STV to bardzo dobra ordynacja jednak stwarza ogromne miejsce na machinacje wyborcze. PKW nie potrafi policzyć głosów z jednej tury a policzy z kilku na raz? Ufamy że PKW dobrze policzy głosy? Ja nie. To są za bardzo skomplikowane ordynacje by u nas je wprowadzić.
submitted by 4pietrowydrapaczchmu to Polska [link] [comments]


2014.05.04 15:27 sparklesparklego Looking for Flat Share for May 15 until August 9th in Kazimierz or Stare Miasto

Hiya. So what I'm asking for might just be impossible. I have no idea. Any help appreciated!
I'm looking for a flat share for May 15 until August 9th in Kazimierz or Stare Miasto. I am on a tourist visa (hence the less than 90 days). I am just looking for something clean (very clean) with nice enough roommates. We don't have to be besties but I'd appreciate a Cześć when we pass each other in the hallway. I'm 27 and female so, you know, no one creepy. I'm pretty well traveled. I've been traveling constantly since Dec 2012 and just looking to take a break from hardcore travel. I plan to work on some projects and just chill for the summer. I'm learning some Polish but I doubt I'll get to conversational. I work remotely and will probably get a coworking desk somewhere. My budget is sort of whatever is appropriate for the room. I am willing to pay more for something really, really nice... or less for a shoe cupboard with a bed. I've been to Krakow before and really loved it so.
Anyone know where/how I should go about sorting this out? Anyone know a room going? Eh?
Cheers.
################ wypolerować polski
Here's a Polish translation because it feels rude to do this all in English. warning: Google Translate
Cześć . Więc pytam o może być po prostu niemożliwe . Nie mam pojęcia . Każda pomoc mile widziana!
Szukam płaską część dla 15 maja do 09 sierpnia w Kazimierzu i Starym Mieście . Jestem na podstawie wizy turystycznej (stąd mniej niż 90 dni) . Ja po prostu szukasz czegoś czyste ( bardzo czyste ) z na tyle miły współlokatorów . Nie mamy się besties ale byłbym wdzięczny za czesc kiedy mijają się w korytarzu . Jestem 27 i kobiety tak , wiesz , nikt nie straszne . Jestem dość dobrze podróżowaliśmy . Podróżowałem nieprzerwanie od grudnia 2012 i po prostu chcą odpocząć od podróży hardcore. Wyjeżdżam do pracy na niektórych projektów i tylko chłód w lecie . Uczę się trochę po polsku , ale wątpię, że dostać się do konwersacji . Pracuję zdalnie i prawdopodobnie będzie się biuro coworking gdzieś . Mój budżet to coś w rodzaju , co jest odpowiednie dla pokoju. Jestem w stanie zapłacić więcej za coś naprawdę, naprawdę ładne ... lub mniej na szafce na buty z łóżkiem . Byłem w Krakowie przed i bardzo nam się podobało , tak .
Ktoś wie gdzie / jak mam go o tym z sortowania ? Ktoś wie pokój dzieje ? Eh ?
submitted by sparklesparklego to krakow [link] [comments]